Jeziorany

Czas zatrzymał się tu jakieś trzydzieści lat temu. Albo i dawniej. Nocą jest tak ciemno, że nie widać nic. Próbuję zasnąć, ale ciszę przerywa co kilka minut muczenie krowy. I tak do rana. Jako mieszczuch uświadamiam sobie, co to znaczy: trzeba wstać i pójść sprawdzić, dlaczego hałasuje. Dla mieszczucha problemem bywa kot, który nocą szaleje w przedpokoju mieszkania. A co dopiero mieć kilka takich krów, które muczą z sobie tylko znanych powodów?
W takich miejscach mam zawsze refleksje, które na nowo uświadamiają mi, ile trzeba pracy i wysiłku, żeby wyhodować jabłka w sadzie, zboże na mąkę czy krowę, która da mleko, by barista w ulubionej kawiarni przygotował nam espresso macchiato.
Spaceruję po sennym miasteczku, po wąskim dziurawym chodniku, patrzę na ogłoszenia o pracę: kierownika tartaku zatrudnię, próbuję się dostać do XIV-wiecznego kościoła (niestety zamknięty, można popatrzeć sobie przez szybkę), pokazuję córce pozostałości cmentarza – zaledwie kilka zarośniętych mchem i wysoką trawą grobów, dwie połamane tablice. Jakie to smutne, że nikt o nich nie pamięta – mówi ona. 
Bez trudu znajdujemy jedyną w miasteczku restaurację z domowymi obiadami Zestaw dnia 10 zł. I natychmiast uzależniam się od ich zupy pomidorowej, jedynej słusznej, z makaronem. 
Przychodzimy codziennie, obserwując stałych klientów: Zbyszek, takie suche są dzisiaj te ziemniaki, nie możesz mi ich czym polać? Próbujemy racuchów, obserwujemy jak z Range Rovera na warszawskich rejestracjach wysiada dwóch grubasów, by zjeść zestaw dnia. 
A potem piekarnia, w której odkrywam smaki mojego dzieciństwa, którymi zajadałam się będąc na wakacjach na Podlasiu: Ciastko Omlet przełożone kremem z bitą śmietaną, kruche ciasteczka z marmoladą. Na początku kupuję tylko 10 sztuk a nuż okażą się niedobre. Ale kolejnego dnia wracam po pół kilo czytając w piekarni ich skład: mąka, cukier, jajka, margaryna. Nie ma E, nie ma aromatów identycznych z naturalnymi. Pewnie dlatego są takie dobre.
I chleb. Taki sam, jak kiedyś.
Ogarnia mnie nostalgia i smutek: w Warszawie codziennie się cieszę rozwojem stolicy. Nowymi drogami rowerowymi, nowymi kawiarniami, inicjatywami, które sprawiają, że czuję się obywatelką świata.
Tu czas stanął w miejscu, wydaje się, że miasteczko tkwi w jakimś marazmie, pozbawione gospodarza i pomysłu na to, co zrobić by było piękne, godne krajobrazu, w którym jest położone.
Dochodzę do wniosku, że jednak prawdziwy ze mnie mieszczuch, który chętnie wraca do miejskiego gwaru na ulicy, targów warzywnych, gdzie przepychają i kłócą się ludzie.
Do zobaczenia w Warszawie:)
25 komentarzy
Poprzedni
rp_1.-chleb-kena_0018.jpg
Następny
rp_1.jpg