Chorwacja


Przy ulicy Jezevać w chorwackim miasteczku Krk stoi dom z jasnego kamienia, zupełnie jak te w Toskanii. Murek okalający posiadłość sięga kolan, więc każdy, kto się przed nim zatrzyma, zobaczy zadbany ogród, donice wypełnione gęstymi krzakami ciemnoróżowych hortensji, rozmarynu i kwitnących oleandrów. 
Pośrodku domu otwarte na oścież drzwi, naprzeciw nich okno, pomiędzy oknem a drzwiami duży, stary stół z ciemnego drewna, na nim książki i biały kapelusz z dużym rondem.
Pod wysokimi drzewami, na trawie biegają małe koty: czarne, białe i tygrysio pręgowane. Próbuję je liczyć, przy siódmym okazuje się, że są jeszcze trzy dorosłe, a każdy z nich z kolorową obróżką na szyi.
Za każdym razem, kiedy idę do miasteczka, wybieram drogę obok domu. By nasycić oczy widokiem filmowej beztroski. Kolorowych kwiatów, okien w nadbudówce na dachu. Próbuję sobie wyobrazić, kto tam mieszka.
Pewnego dnia, wracając z plaży, moja córka stoi wpatrzona w bawiące się koty na tyle długo, że właścicielka zaprasza ją do siebie. Na ganku usadza ją w wiklinowym fotelu, układając na jej kolanach kolejne puszyste kociaki. Jedne tulą się do niej, inne przemykają po oparciu fotela, by wskoczyć na parapet.

Krk

Krk

Krk
Plitvička Jezera

Plitvička Jezera

Plitvička Jezera

Plitvička Jezera

Plitvička Jezera
Plitvickie Jezera obejrzałam najpierw na zdjęciach, nie mogąc uwierzyć, że woda może być tak przezroczysta, że widać pływające w niej ryby.
W rzeczywistości okazały się dużo piękniejsze niż zdjęcia. Pomyślałam, że tak właśnie wygląda przyroda, której człowiek nie przeszkadza, a którą chroni. Pozwalając drzewom leżeć tam, gdzie upadły, ograniczając ludziom dostęp do tego, co stworzyła natura. Wyobraziłam sobie, co by się stało, gdyby nagle pozwolono ludziom tam budować albo przynajmniej zrobić sobie kąpieliska.
Jak szybko wycięliby w pień to, co tam rośnie, udoskonalając wszystko i “organizując”.
Tyczasem drewniane pomosty wytyczają trasy, którymi można zwiedzić jeziora i wodospady, pochylając się nad taflą wody ciągle nowego i innego zakątka. Miałam wrażenie, że jestem wśród nierzeczywistych dekoracji, przygotowanych na potrzeby filmu, bo na co dzień nie sposób zobaczyć roje ważek czy stada ryb podążających za płynącymi kaczkami. 
Chciałam przeżyć przygodę. W namiocie spałam wieki temu. Na skraju lasu, do którego nie wolno było wchodzić ze względu na zagrożenie pożarowe.
Pole namiotowe, które wybraliśmy trochę na chybił trafił, było kilkuhektarową przestrzenią, z pagórkami, lasem i rzeką, z pełną infrastrukturą: nowoczesnymi łazienkami z prysznicami, przewijakami dla niemowląt i zlewami do prania, bezprzewodowym dostępem do internetu i miejscami, w których można zjeść śniadanie zakupione w miejscowym sklepie.
Po rejestracji przy wjeździe usłyszeliśmy, że możemy zatrzymać się, gdzie chcemy, wybrać sobie dogodne miejsce na namiot i samochód. 
Czasem warto przypomnieć sobie, jak to jest, kiedy zasypiamy patrząc w rozgwieżdżone niebo słuchając koncertu cykad. Jak to jest budzić się z pierwszymi, ciepłymi promieniami słońca, które wyganiają z namiotu. Jak smakuje śniadanie na trawie: pajda chleba, kawałek owczego sera, pomidor i herbata popijana z termosu. 
Internet był tylko w jednym miejscu, w dodatku zasięg miał słaby. Po dwóch nerwowych dniach, kiedy usiłowałam sprawdzić pocztę “Boże, na pewno mam sto osiemdziesiąt nieprzeczytanych maili, a zapomniałam ustawić informację o tym, że mnie nie ma”, w końcu się poddałam i powiedziałam: trudno, widać tak ma być, może świat beze mnie nie umrze przez te kilka dni.

Rijeka

Rijeka
Rijeka

Mijaliśmy miasteczka z budynkami poranionymi przez kule podczas wojny, opuszczone domy, gdzie nie zaglądał nawet pies z kulawą nogą.
Szukałam porównań – chciałam porównać Chorwację z Włochami, Teneryfą albo Hiszpanią, szukałam w pamięci znanych mi miejsc, żeby powiedzieć: przypomina mi to, czy tamto. Ale nie przypomina mi niczego, co znam.
Zachwyciła mnie otwartość Chorwatów – pomyślałam, że są podobni do nas, Polaków. Łatwość porozumiewania się, mimo różnych języków. I jedzenie.
Zaczęło się od wizyty w sklepie i jogurtu pistacjowo-migdałowego, którego będzie mi zapewne brakować, kiedy wrócę do domu.
Później spróbowałam lokalnych serów – miękkich, owczych, o grudkowatej konsystencji przypominającej świeżą ricottę i tych bardzo starych, twardych i drogich.
Potem zachwyciłam się powidłami ze śliwek (160 g owoców na 100 g produktu) – czarnych jak gorzka czekolada i tak gęstych, że trudno było je rozsmarować na pajdzie chleba.
I ryby i owoce morza – zajrzałam do sklepu rybnego tuż po porannej dostawie, żeby zobaczyć, co jest, choć wiedziałam, że malutka kuchnia, którą mamy nie jest wyposażona na tyle, by cokolwiek z nich zrobić. Pośród krewetek i dorad pyszniła się żabnica – wielka i brzydka, jak na nią przystało. Duma sklepu i wszystkich okolicznych restauracji.
To, co zapamiętam, to drzewa figowe rosnące na każdym podwórku, nawet tym najbardziej opuszczonym i dzikim. Ich, na razie maleńkie i niedojrzałe, owoce zapowiadają w tym roku solidne zbiory. Jaka szkoda, że nie będę mogła ich spróbować. 

Odwiedziliśmy:

Krk (zatrzymaliśmy się u gospodyni)
Rijekę
Plitvickie Jezera
i okolice 🙂

Plitvička Jezera

50 komentarzy
Poprzedni
rp_5.budapeszt_0032.jpg
Następny
rp_racuchy.jpg