Berlin

Czarne ślady rowerowych kół;)
Dwa dni, dwa rowery, mapa i w drogę. Kierunek: Berlin.
Moja rowerowa przygoda dopiero się rozpoczęła, zawsze wiedziałam, że to mi się spodoba, ale nie przypuszczałam, że aż tak.
Nie znoszę taksówek, miasta zwiedzam zwykle pieszo albo metrem. Z samochodem zawsze jest problem, bo a to nie ma gdzie zaparkować, a to trzeba zapłacić za parkowanie, a nigdy nie wiadomo, kiedy będzie się miało ochotę wrócić.
Berlin jest w czołówce miast przyjaznych rowerzystom. I już wiem, dlaczego. Niezwykle przejrzysty system rowerowych dróg, a przede wszystkim kierowcy, którzy respektują prawo i nie wymuszają pierwszeństwa to podstawowe różnice pomiędzy tym, co jest tu, a co tam.
Muszę przyznać, że im więcej jeździłam, tym mniejszą miałam ochotę na to, żeby w ogóle zejść z roweru. Perpetuum mobile 🙂
Odkryłam Berlin na nowo. Możliwość podjechania pod niemal każde miejsce, wiatr we włosach, peletony podobnych do nas, którzy pędzą przez miasto swoim codziennym środkiem transportu. Piękne.
Zrobiłam niewiele zdjęć, a jedliśmy całkiem zacnie.
Śniadanie w Home Made (Simon-Dach Str. 10 Berlin, 10245): szczególnie przypadły mi do gustu domowe lemoniady i zestawy śniadaniowe:
Obiad w Lemon Leaf (Grünberger Straße 69, 10245 Berlin):

I ciasteczko szczęścia:

Do przeczytania wkrótce!

31 komentarzy
Poprzedni
rp_6.jpg
Następny
rp_Rotisserie_0010.jpg