The Smitten Kitchen i What Katie Ate

Często kupuję książki blogerek. Jeśli są autorkami blogów, które mnie inspirują, traktuję to w pewnym sensie jak spłatę zaciągniętego kredytu.
Najpiękniejsze blogi wymagają nieskończenie dużo czasu, zaangażowania, pracy, poświęcenia innych zajęć na rzecz tego, by podzielić się swoją wiedzą, talentem, pomysłami. Za darmo.
What Katie Ate odkryłam kilka lat temu. Miał wówczas zaledwie kilka wpisów, a ja trafiłam na niego z galerii zdjęć, jakie Katie umieściła na Flickr, który w owym czasie był moim ulubionym miejscem ze zdjęciami.
Pod jej pierwszymi postami można znaleźć moje zachwyty i nadzieję, że kiedyś wyda swoją książkę. Ona się wówczas z tego śmiała, ale minęło kilka lat,  jej gwiazda rozbłysła, a jej styl zaczął być kopiowany przez dziesiątki albo setki osób.
Nagle wszyscy zaczęli kupować stare talerze, znosić do domu zniszczone deski, a przede wszystkim szaleć z Photoshopem, próbując ją naśladować.
Ale ona jest tylko jedna i swoim stylem potrafi się bawić. Z wykształcenia jest grafikiem, zna zasady kompozycji i ma niezwykły dar kreowania malarskiej rzeczywistości.
Muszę tu zaznaczyć, że nigdy nie ugotowałam nic według przepisów, jakie zamieszcza na swojej stronie. Przychodzę tam raczej po to, by zobaczyć, co i jak sfotografowała. I z podobnym nastawieniem czekałam na jej książkę.
Nie spodziewałam się przepisów, które natychmiast będę chciała realizować w kuchni. Czekałam na zdjęcia.
Dobrze wiem, jak trudno jest sprostać oczekiwaniu czytelników, że książka będzie odzwierciedleniem bloga. Przełożenie go 1:1 jest niemożliwe, z wielu powodów.
Na blogu bawimy się konwencją, stylem, tematami. Wystarczy prześledzić wpisy z kilku lat, by zobaczyć, jak każdy z nas się zmienia. Raz fascynuje nas fotografia ze stylizacją jak z baroku, innym razem pociąga nas minimalizm. A książka musi być spójna.
Książka Kate nie jest taka, jak jej blog. Każda strona jest dopracowana, widać rękę Kate na każdym etapie jej przygotowania.
I choć ogólnie piękna, to dla mnie niestety jest trochę przestylizowana. Po kilkunastu stronach (a każdą nową książkę oglądam powoli, strona po stronie), poczułam się zmęczona nadmiarem elementów, czcionek, teł. Poczułam się zagubiona, bez jakiegoś punktu odniesienia, odrobiny przestrzeni, która pozwoli odpocząć oczom.
Lubię, kiedy fotografia kulinarna przemawia do mnie apetycznymi daniami, które mam ochotę zjeść nie dlatego, że ktoś spędził godziny na ich poprawianiu w programie graficznym albo na dobieraniu kolejnych elementów scenografii, a po prostu dlatego, że są apetyczne same w sobie. Potrawa musi odgrywać rolę pierwszoplanową, a nie być dopełnieniem stylizacji.
I w tym kontekście, druga książka, o której chcę napisać, jest dokładnie przeciwieństwem tej. Minimum stylizacji, wszystkie dania fotografowane na kuchennym blacie, a efekt taki, że mam ochotę natychmiast gotować i to najlepiej wszystko po kolei.
Na bloga Deb, Smitten Kitchen, również trafiłam dawno temu, gdyż wówczas należał do czołówki najbardziej popularnych blogów angielskojęzycznych. Chciałam zobaczyć, na czym polega jego sukces i zrozumiałam to bardzo szybko, patrząc na listę przepisów, które zaznaczałam do wypróbowania.
Tu nie ma kakofonii kolorów, czcionek, photoshopowych bajerów, starych łyżek i obtłuczonych glinianych kubków. Jest kobieta, jej mała kuchnia, kuchenny blat, minimum urządzeń i potrawy, które wołają: zrób mnie. Tu wszystko jest do zrobienia. Apetyczne, kolorowe, domowe.
Zatem, mimo mojej wielkiej słabości do Kate, jej talentu i uroku, wybieram książkę Deb, z której będę z przyjemnością gotować. Książkę Kate odstawię na półkę, wracając do niej zapewne od czasu do czasu, by pooglądać jej zdjęcia.
A jeśli napisze następną, i tak ją kupię 🙂

20 komentarzy
Poprzedni
rp_20130204_kaczka_0100.jpg
Następny
rp_wieniec.jpg