La Ruina, Poznań

Raz na tysiąc znajomości pojawiają się takie, w których mam pewność, że zostaną ze mną na długo.
Na pozór przypadkowe spotkania, kiedy siedzimy przy jednym stole i mimo że widzimy się drugi raz w życiu, godziny mijają niepostrzeżenie, a nim się obejrzymy, jest trzecia nad ranem i za chwilę trzeba będzie się obudzić.
Właśnie coś takiego przeżyłam w Poznaniu.
Trudna podróż samochodem, który zepsuł się na autostradzie, z kolejnymi przygodami, krzyżującymi wszystkie plany. I po tym kolacja w stylu marokańskim, na którą byłam zaproszona już dawno przez Monikę i Jana z La Ruiny.
Skończyłam warsztaty, dotarłam do La Ruiny tuż po zamknięciu. W półmroku piliśmy miętową herbatę, o której nie mogłam zapomnieć od poprzedniego spotkania pod koniec ubiegłego roku.
Potem był tajin: klopsiki w pomidorowym sosie doprawionym przyprawami, cynamonem, który jest tak charakterystyczny dla wytrawnych marokańskich dań i sałatka z drobno pokrojonych warzyw w naczyniach „też stamtąd”.
I kolejna herbata miętowa z marokańskiego imbryczka… Wypiłam jej hektolitry, domagając się kolejnych porcji.
W międzyczasie wpadł jeszcze ktoś i tak siedzieliśmy zajadając się klopsikami i próbując kolejnych serników, które Monika przygotowała „do spróbowania”.
Było pięknie. Trzecia nad ranem zastukała w okno i to był znak, że jednak pora pójść do domu.

O tym, że to miejsce jest zrodzone z prawdziwej pasji, widać od progu.
W dobie niemal identycznych kawiarni, które w Warszawie wyrastają jak grzyby po deszczu, w których forma nierzadko przerasta treść (bo znowu wytworne wnętrza „na bogato” i croissanty w menu), takie kawiarnie są jak perły rozrzucone zupełnie przypadkowo, czasem tak daleko od domu.
Każde ciasto, a jest ich tu wiele, powstało z przemyśleń, talentu, wiedzy i fantastycznych składników (wiem, bo widziałam na własne oczy).
Sernik, który jest inspirowany tiramisu, czy ten z mlekiem kokosowym na spodzie z trawą cytrynową? A może kawowy albo z owocami?
To, co było dla mnie zaskakujące to uczucie, że te ciasta smakują tak, jak moje. Nagle spotkałam bratnią duszę, która szuka idealnych receptur w podobny sposób.
Podobnie nam w duszy gra, podobnie szukamy smaków, ich połączeń. Odnosimy się do poznanych w podróży potraw i tego, co pamiętamy z dzieciństwa.

W niedzielę rano, przed odjazdem na dworzec, zjedliśmy śniadanie. Monika zapytała:
– Zjesz kanapki?
– Tak.
– A jakie chcesz?
– Takie, jakie mi zrobisz. Zjem każde.
Więc zrobiła mi kanapki na upieczonym przez siebie chlebie, z włoską mortadelą z truflami i lokalnym, poznańskim majonezem (Monika radziła bez, Jan upierał się, że jednak „z”).
Wypiłam herbatę, zrobiłam kilka zdjęć, a w kawiarni rozchodził się zapach pieczonej szarlotki.*
Nie mogłam wyjść bez perfekcyjnego cappuccino, La Ruina słynie z doskonałej kawy.
Rzadko piszę recenzje miejsc. Nie chce mi się pisać o czymś, co jest „fajne”, ale nie zachwyca.
To, co jest w La Ruinie, jest zachwycające, pod każdym względem.
Jedni wybierają kawiarnie dla doskonałej kawy, inni dla wystroju czy też towarzystwa. Tu wszystko łączy się w całość, do siebie pasuje i się uzupełnia.
Tak jak Monika i Jan. Jedno i drugie charakterne.
A gdzieś w mieszkaniu nad kawiarnią ich malutka córeczka, której trochę zazdroszczę.
Polecam gorąco wszystkim mieszkańcom i wędrowcom, którzy zawitają do Poznania. Już dawno nie przeżyłam takiego oczarowania.

Sernik z owocami i płatkami migdałów

Szarlotka, maślana i wilgotna, pachnąca cytryną

Monika i jeden z jej wspaniałych serników
La Ruina
Śródka 3
Poznań

*Szarlotka trafiła też do pudełka „na wynos”, przecież w pociągu też trzeba coś zjeść. Jej zapach w taksówce i mina taksówkarza: bezcenne.

50 komentarzy
Poprzedni
rp_wieniec.jpg
Następny
rp_soczewicowa-gordona.jpg