Sernik makowy z wiśniami i karmelem

Warszawa-Kraków-Warszawa.
Zdążyłam wyskoczyć z domu z mokrą głową, wpaść do pociągu, wysiąść na stacji docelowej i dojechać do pięknej księgarenki Bona. Do rozpoczęcia spotkania zostało jeszcze sporo czasu, ale na miejscu byli już goście, więc nim zdążyłam zdjąć kurtkę, konwersowałam o wszystkim, jak zwykle. Bardzo zależało mi na tym, by spotkanie poprowadził ktoś, kto nie jest fanem bloga, rzadko też gotuje, ale zna mnie na tyle, żeby móc swobodnie porozmawiać. Wybór padł na Bartka Dobrocha, dziennikarza, fotografa i podróżnika, a przede wszystkim doskonałego narciarza i ratownika górskiego, dzięki któremu po trzech dniach nauki, zjechałam z góry czarnym szlakiem (zapewne pierwszy to był i ostatni raz, bo od tamtej pory nart nie miałam na nogach ani razu).
Byłam wzruszona, jak zwykle. Czas minął nie wiadomo kiedy i starczyło go ledwie na podpisanie wszystkich książek, krótkie rozmowy, bo już trzeba było wracać. Do ostatniego tego dnia pociągu wskoczyłam zaledwie trzy minuty przed odjazdem.
Było zimno. Owinięta kurtką i szalikiem otworzyłam pocztę… prawie trzydzieści maili od Gości spotkania. Wszystkie poruszające, ciepłe i dobre. Krakowie, jesteś taki sentymentalny 🙂

Poznań przywitał nas chłodem i deszczem. Taksówkarze nieprzytomnie odwracali głowy pytając: w prawo to, czy w lewo? Przyjechałam w piątek, chciałam wcześniej zobaczyć SPOT, w którym nazajutrz miałam prowadzić warsztaty. Sobota była wyczerpująca. Od nadmiaru emocji i wrażeń. Poruszających spotkań i łez. (Dlaczego płaczecie na spotkaniach ze mną? To jedna z tych niewiarygodnych rzeczy, które trudno mi ogarnąć rozumem.)
Przez dwa dni poznałam tak wiele nowych osób, odwiedziłam Ptasie Radio, Taczaka 20 (najlepsze flat white jakie kiedykolwiek piłam), a potem, pierwszym z brzegu tramwajem do Brismana (W Taczaka 20 powiedzieli, że jak kawa, to tylko tam). Było zamknięte, ale za szybą kręcił się ktoś. Tyle przejechałam, by tam dotrzeć, nie mogłam sobie odmówić zastukania w szybę. Gaccini, barista, o którym za chwilę, z niechętną miną spojrzał na nas, zakłócających mu wolną niedzielę. Ale od słowa do słowa, ekspres do kawy poszedł w ruch i… zaczęło się. Ta kawa pachnie pieczonym chlebem, marcepanem, ma też winne nuty. Piliśmy kolejne filiżanki, spędzając z nim kilka godzin. Na końcu namalował na trzech kawach wzory, od których zapiera dech. Zajęło mu to trzy-cztery minuty.
Gaccini polecił nam odwiedzić La Ruinę: Tam pieką ciasta według przepisów z twojego bloga, ale właścicielka udoskonala te przepisy – powiedział. Dwa razy nie trzeba było mi powtarzać.
Jeśli kiedykolwiek miałabym porównać jakieś miejsce do tego z filmu Czekolada, bez wahania wskazałabym właśnie to. Był późny wieczór, za oknami psa z kulawą nogą, a w środku ciasta, które były tak pyszne, że mogłam tylko kiwać głową i zwyczajnie zaniemówić. Ujęła mnie gościnność i sposób podania miętowej marokańskiej herbaty – tak, jak to się robi TAM. Z takiego samego czajniczka i z takiej samej herbaty. Gdyby nie ostatni pociąg, siedziałabym pewnie tam jeszcze długo, ale po drodze odwiedziłam Pracownię. I co zamówiłam? Moje warzywa po marokańsku. Opis wydał mi się znajomy, danie, które dostałam, było dokładnie tym samym. A potem już tylko pociąg i powrót do domu.

Wiele się dzieje. W tym miesiącu byłam już w Tok FM, Wysokich Obcasach i kilku innych tytułach. Udzielałam wywiadów, wysyłałam zdjęcia, aż poczułam się nieco zmęczona i wyeksploatowana. Marny byłby ze mnie materiał na gwiazdę. Na szczęście 🙂 Dzięki temu, co się dzieje wiem, co jest dla mnie najważniejsze, na czym chcę się skupić w przyszłym roku.

Chciałabym bardzo podziękować wszystkim, którzy z wirtuala przyszli do reala, żeby się ze mną spotkać, porozmawiać, uścisnąć, dodać mi otuchy. Wciąż nie wierzę w to, co się dzieje. I pewnie już tak zostanie.
Ostatnie miesiące były trudne i nowe. Kolejny rok planuję świadomie i z ludźmi, którym ufam.
Dziękuję XXX

A tymczasem wracam do kuchni blogowej – mimo braku przepisów tutaj, piekłam, gotowałam, fotografowałam i tworzyłam dla innych. Teraz pora stworzyć coś dla Was, moich Czytelników, dzięki którym jestem tu, gdzie jestem. Marzenia się spełniają 🙂

Sernik makowy z karmelem i wiśniami

700 g sera trzykrotnie mielonego
4 jajka
150 g cukru pudru
1 łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii
2 łyżki mąki
4 czubate łyżki masy makowej z bakaliami (domowej lub gotowej, z puszki)

200 g wiśni wydrylowanych, mrożonych (nie rozmrażać ich przed dodaniem do ciasta)

Karmel:

2 łyżki cukru
1 łyżka śmietany 36% UHT
1 łyżka masła

Tortownicę o średnicy 22 cm posmarować masłem, wyłożyć papierem do pieczenia.
Ser ucierać w misce, dodając po jednym jajku, następnie cukier, mąkę, wanilię i masę makową – składniki miksować tylko do połączenia, nie należy tego robić zbyt długo.
Masę wylać do tortownicy, na wierzchu ułożyć wiśnie, wciskając je delikatnie w masę.
Piekarnik nagrzać do 180 st C. wstawić sernik i piec 1-1,20 h (upieczony sernik będzie lekko dygotał w środku, ale masa w żadnym razie nie może być płynna).

Po upieczeniu, zostawić ciasto w wyłączonym piekarniku, uchylić drzwiczki. Sernik delikatnie opadnie.
Kiedy ostygnie, przygotować karmel: cukier roztopić na patelni, dodać śmietanę, szybko mieszać, na końcu dodać masło. Gładkim karmelem polać wierzch sernika i odstawić aż zastygnie – najlepiej w chłodne miejsce na minimum 4 h.

Smacznego 🙂

37 komentarzy
Poprzedni
rp_eliza_krakow.jpg
Następny
rp_piernikmakowy_0040.jpg