Jak powstaje przepis, jak powstaje tekst.

To przydarza się regularnie co pewien czas – ot, jakaś gazeta, mniej lub bardziej poczytna umieszcza na swoich łamach moje przepisy. Pod przepisami widnieje nazwisko redaktora, który przepisy znalazł i opublikował jako własne.
Mniejsza o to jeśli przepis jest mój, ale napisany własnymi słowami, gdzie widać, że ktoś rzeczywiście z niego skorzystał, miał jakieś własne refleksje na jego temat i podzielił się nimi z czytelnikami pisma, dla którego pisze i za co dostał wypłatę.
Ostatnio jednak spotykam się coraz częściej z przypadkami kopiowania tekstów z bloga, przepisywania ich słowo w słowo, publikowania pod własnym nazwiskiem i sprzedawania jako własne.

Ten blog jest miejscem, gdzie publikuję przepisy nie pobierając za to wynagrodzenia. Dzielę się nimi, cieszę się, jeśli ktoś wypróbuje je we własnej kuchni i mu smakuje.
Dawno temu podjęłam decyzję, że nie umieszczam banerów, tekstów sponsorowanych, a to, czym się tu dzielę, jest wynikiem mojej pasji i chęci zachęcenia innych do gotowania we własnym domu.

Czasem mnie ktoś pyta – jak to możliwe, że jestem w stanie wyśledzić przypadki, w których ktoś kopiuje słowo w słowo to, co tu napisałam i umieszcza w gazecie lub, jak ostatnio – w książce. Odpowiem wprost – najczęściej dostaję maile od Czytelników bloga, którzy dany przepis czy tekst znaleźli właśnie tu.
W maju minęło sześć lat, od kiedy zaczęłam pisać tego bloga, więc wiele przepisów jest tu od dawna. Nie edytuję ich, zachowuję oryginalne komentarze tych, którzy je wypróbowali.

Jak powstaje mój przepis i jak powstaje mój tekst. Jak JA pracuję.

Oprócz bloga mam pracę, która polega między innymi na tym, że na zlecenie piszę teksty, wymyślam przepisy i robię zdjęcia.
Zanim napiszę pierwsze zdanie, przygotowuję koncepcję tego, o czym chcę powiedzieć.
Jeśli opracowuję przepis – idę do sklepu, robię zakupy, przychodzę do domu, wyjmuję z szuflady wagę, a na kartce zapisuję wszystkie notatki i uwagi do przepisu, który właśnie powstaje.
Każdy etap przygotowania dania fotografuję, a jeśli jest taki wymóg, przygotowuję kilka stylizacji danej potrawy.
Jeśli efekt końcowy przepisu, który wymyśliłam, nie satysfakcjonuje mnie – robię go od nowa.
I za tak wykonaną pracę, otrzymuję wynagrodzenie.

Ostatnio dostałam kilka maili w sprawie publikacji książki pani Magdaleny Makarowskiej, która postanowiła skopiować wiele moich przepisów, opublikować je pod własnym nazwiskiem i promować je w wywiadach jako własne. Znalazłam również wywiad, w którym stwierdza, że nie wyobraża sobie, iż mogłaby się podpisać pod czyjąć pracą, że czułaby, że oszukuje.
Cóż.
Niestety nie jestem jedyną poszkodowaną w tym przypadku. Blogerek, od których ktoś „pożyczył” teksty, jest niestety więcej. A książka jest w sprzedaży.

Nie chcę być źle zrozumiana: zgodnie z polskim prawem przepisy kulinarne nie podlegają prawu autorskiemu, ale teksty jak najbardziej tak. Nie można bezkarnie przepisać tego, co ktoś wymyślił, podpisać się pod tym i sprzedać jako własne. A to nie jest jeden krótki tekst. Jest ich o wiele więcej.

Podobnie sprawa ma się z magazynem Moje Gotowanie, który swego czasu postanowił uhonorować mnie zaszczytnym tytułem Bloga Miesiąca. I tak się tym tytułem przejęli, że bez pardonu co jakiś czas publikują coś mojego, podpisując jako własne.
Ostatnio takim przepisem była Morelowa Tarte Tatin – coś tam pozmieniali w opisie wykonania, ale już nie chciało im się modyfikować moich dobrych rad, więc przekleili je bez zmieniania, zaznaczając na czerwono, takie to było istotne.

Podejmuję ten temat ponieważ zbyt długo milczałam, ignorowałam, mając nadzieję, że etyka dziennikarska i dobre maniery kiedyś zwyciężą. Ale etyka i dobre maniery przegrywają w walce z lenistwem i bezmyślnym korzystaniem z pracy innych.

Ktoś, kto ma choć odrobinę rozsądku powinien wpaść na to, że blog, który odwiedza miesięcznie prawie sto tysięcy osób, który ma na Facebooku 21 tysięcy fanów, ma wśród nich ludzi, którzy prędzej czy później trafią na przepisy czy teksty żywcem stąd przepisane. I że komuś się to nie spodoba.

Źródła przepisów

Mam w domu dużo książek kucharskich. Od wielu lat czytam kulinarne magazyny, temat kulinariów pasjonuje mnie od bardzo dawna. Wypróbowałam pewnie setki albo i tysiące przepisów. Uczyłam się, popełniałam błędy.
Za każdym razem, kiedy korzystam z pracy innych, w tym wypadku z czyjegoś przepisu, a efekty postanawiam opublikować na blogu, piszę – kto mnie zainspirował, na czyjej recepturze się oparłam, co zmodyfikowałam. Jeśli korzystam z przepisu opublikowanego na czyimś blogu, podaję do niego link.
Bo wiem, ile trudu wymaga opracowanie czegoś samemu.
W ten sposób chcę podziękować autorowi, bez względu na to, czy przepis opracował sam, czy też opracowała go dla niego babcia, a on poprosił ją o podzielenie się z nim recepturą.
I podawanie źródła nie boli. Naprawdę.

Mówię: dość kopiowaniu moich słów i sprzedawaniu ich.
Nie będę dłużej machała na to ręką.

I chcę podziękować wszystkim, którzy piszą do mnie w tej sprawie, którzy oferują mi swoją pomoc i swoje wsparcie: prawnikom, PR-owcom i życzliwym mi ludziom, którym zależy na tym, żeby takie praktyki nie miały więcej miejsca.

Poniżej gorące jeszcze publikacje ze skopiowanymi ode mnie tekstami. Zamieszczam ich tylko kilka, szkoda mi miejsca na więcej.

Link do dyskusji na temat książki na Facebooku: Tutaj
Rozmowa z panią Makarowską: film na you tube

Kotlety ziemniaczano-rybne
Klopsiki
Złociste dukaty

*   *   *
i „interpretacja” w gazecie „Moje Gotowanie

124 komentarze
Poprzedni
rp_cukinia_.jpg
Następny
rp_blogger-image-184521415.jpg