Indie, Varanasi

Piszę do Was z Varanasi, jednego z najstarszych miast na świecie , którego historia sięga 1200 roku przed Chrystusem i należy do jednego z siedmiu świętych miast Indii.
Siedzę w malutkiej restauracji nad Gangesem, temperatura dochodzi do 40 st C i to mój drugi dzień tutaj.
Piję mango lassi, patrzę na łodzie dryfujące po świętej rzece.
Dotarłam tu wczoraj z Delhi.
Zrobiłam tak, jak planowałam. Wyruszyłam w pierwszą samotną podróż, z plecakiem i aparatem i choć ten pierwszy waży tylko sześć kilogramów (naprawdę zabrałam absolutne minimum, wyjmując z niego wciąż kolejne rzeczy), to aparat równoważy ciężar, jaki jestem w stanie unieść.

Przyjechałam tu bez rezerwacji, z myślą, że i tak coś znajdę. Kierowca podjechał do położonych nad Gangesem ghatów i powiedział, że dalej można iść tylko pieszo.
Nagle znalazłam się w labiryncie galis, dróżek, które zapamiętałam ze Slumdog: Millionnaire.
Są tak wąskie, że żadna ryksza się przez nie nie przeciśnie.
Szlam z plecakiem, myśląc o tym, że za chwilę zapadnie zmierzch, a ja nie mam gdzie spać. Weszłam do jednego z pobliskich hosteli i poprosiłam o pokazanie pokoju (jak na tutejsze warunki, dosyć drogiego, w cenie ok. 350 Rs/ok. 20 PLN). Właściwie sezon turystyczny kończy się tu w marcu. Od kwietnia upał sięga ok. 40 st C, więc ci, którzy mieli się tu pojawić, raczej już wyjechali.
Pokój miał jakieś 4 m2, drzwi zamykane na kłódkę. Za wyjątkiem pięciu młodych Hindusów, którzy leżeli na łóżku i grali w grę planszową, w hostelu nie było nikogo.
Postanowiłam iść dalej.
Byłam już wcześniej w Indiach, wiem, co to nagabywanie, kiedy nie można spokojnie przejść ulicą. Zawsze przecież można kupić dywan albo obejrzeć gliniane misy wielkości kotła przeznaczone na sprzedaż, prawda? Nawet jeśli dźwiga się plecak i jest w kolorze purpurowym 🙂

Czaj u Raviego

Słyszałam o innym maleńkim hostelu, który znajduje się tuż przy ghatach – miejscach kąpieli i rytualnego palenia ciał.
Podszedł do mnie rowerowy rykszarz: Jedziemy? – zapytał.
Spojrzałam na jego pojazd i pomyślałam o tym, że mam dość tego spaceru.
Za ile?
50 – odpowiedział.
Za drogo – ja na to.
Ja pojadę z tobą za 20! – usłyszałam kolejnego rykszarza.
Ok. Jedziemy, ale pod warunkiem, że zaprowadzisz mnie pod hotel, który wybrałam.
Zgoda. – odpowiedział.
Wdrapałam się do jego rykszy i pojechaliśmy do hostelu. Tak jak wcześniej, zatrzymaliśmy się w okolicy galis i dalej poszliśmy pieszo. Po drodze wysłuchałam ( a jakże!) o innych, „lepszych i tańszych”, miejscach, ale jednocześnie czułam, jak rośnie moja determinacja i jak z naiwnej Europejki staję się kimś, kto podróżuje po Indiach. Konfrontacja tego, co wiemy od innych i teorii wyczytanej w przewodnikach z praktyką, bywa bolesna. Ale jest jedyną możliwością, by poznać prawdę i zrozumieć, jak to wygląda w rzeczywistości. Tak miało być i tego się spodziewałam.

Kiedy dotarłam wreszcie do hostelu, rzuciłam plecak na podłogę i odetchnęłam z ulgą.
Moje ubranie było mokre. Buty kupione okazyjnie, które miały mi służyć w podróży, okazały się najbardziej niewygodnymi butami, jakie mam, więc bez żalu pozbywam się ich tu i idę dalej, z lżejszym plecakiem i starymi butami, które mam od dawna 🙂
Byłam tak szczęśliwa, że mam gdzie spać!

Wybrałam się na pierwszy spacer. Mogę śmiało przyznać, że Varanasi jest najbrudniejszym miastem, w jakim byłam. A widziałam już i slumsy Delhi i Bombaju.
Na brzegu rzeki śmieci, psy, bawiące się dzieci, odpoczywający starcy, spacerujący sadhus. Jest wszystko.
Jutro wybieram się o świcie na przejażdżkę łodzią. Chcę zobaczyć rytualne kąpiele i palenie ciał.
Varanasi jest świętym miastem. Dla Hindusa nie ma lepszego miejsca, by po śmierci tu właśnie zostać spalonym.
Czytałam kiedyś o tym, że rodziny przywożą tu swoich bliskich, by poddać ich temu rytuałowi. Czytałam też o starcach, którzy są u progu śmierci i tu właśnie chcą umrzeć. Zobaczyłam ich wczoraj.
Jestem ciekawa. Ciekawa wszystkiego, co mnie tu spotka.

Idę ulicą i słyszę: Czaj? Odruchowo kręcę głową. Wczoraj przecież czytałam o tym, by nie dać się nagabywać. Ale odwracam się i patrzę w oczy sprzedawcy czaju, który nalewa go z metalowego czajnika do szklanych kubków.
Napij się, jeśli będzie niedobry, nie wezmę od ciebie pieniędzy.
Nalewa czaj do szklanek, zaprasza mnie, żebym usiadła na drewnianej ławce przytulonej do starego budynku. Jest tak ciasno, że ci, którzy przechodzą uliczką, niemal ocierają się o nasze nogi.
Opowiada mi o sobie, o tym, jak przez dwadzieścia lat woził ludzi łodzią po Gangesie, ale choroba uniemożliwiła mu dalszą pracę – na dowód pokazuje mi opuchniętą nogę powyżej kolana. Wcześniej zauważyłam, jak kuleje.
Ma na imię Ravi i pewnie nie ma nawet pięćdziesiątki.
Opowiada mi o swojej rodzinie, o Varanasi. Rozmawiamy o religii, o życiu i śmierci. Nie wiem, ile tam siedzę. Dolewa mi kolejną porcję czaju, aż nadchodzi moment, by się pożegnać i pójść dalej. Obiecuję, że wrócę nazajutrz.

Idę wzdłuż rzeki, obserwuję dzieci bawiące się nalewaniem wody do metalowego wiadra. Widzę czujne oczy ich mam, które patrzą nieopodal.
Trzech młodych mężczyzn prowadzi po stromych schodach jęczącą staruszkę w pomarańczowym sari. Cierpliwie idą krok za krokiem. Wśród suszących się na schodach krowich placków, które staną się materiałem na podpałkę.

Kiedy się wybierałam do Indii, niemal każdy pytał mnie, czy zaplanowałam już trasę. A ja chciałam iść na żywioł. Wyznaczyłam sobie kilka orientacyjnych punktów na mapie z myślą, że mogą się zmienić, a w każdym miejscu, w jakim się znajdę, będę dokładnie tyle, ile zechcę.

Do przeczytania!
Gdybym nie zdążyła tu zajrzeć, życzę Wam radosnych świąt!

Liska

58 komentarzy
Poprzedni
rp_MG_1327.jpg
Następny
rp_1_Varanasi_0439.jpg