Indie. Epilog.

Moja indyjska podróż dobiega końca. Powoli pakuję do plecaka porozrzucane po hotelowym pokoju t-shirty i przygotowuję się do drogi do domu.
Kiedy opublikowałam na blogu pierwsze posty z Indii, dostałam kilka maili z pytaniem o cel podróży. Ciekawe, że nikt nie pyta, dlaczego jedziemy do Egiptu czy Włoch, a wszyscy pytają, dlaczego wybieramy się do Indii. Powodów było kilka, powiem tylko, że od dawna chciałam tu przyjechać sama. Sprawdzić się w trudnej podróży, udowodnić sobie, że dam radę.

Byłam w Indiach dwukrotnie, wiedziałam, czego się spodziewać, jednak dziś wiem, że podróżowanie samej pozwala poznać świat z innej perspektywy.
Przyjęłam budżet minimum. Postanowiłam podróżować pociągami, stołować się w lokalnych restauracjach, jeść na ulicy, mieszkać w możliwie tanich hotelach. Założyłam, że jeśli będzie mi bardzo źle, pozwolę sobie na droższy pokój albo lepsze jedzenie. Ale tak naprawdę bardzo źle było mi tylko w Allahabadzie.
Nigdy nie mieszkałam w gorszych warunkach i nigdy nie bałam się tak bardzo w nocy w zupełnie pustym hotelu, którego drzwi wejściowe były otwarte na oścież. Bez zasięgu telefonicznego, dostępu do sieci. W pokoju, gdzie co chwila gasło światło. Było mi źle, było mi smutno i tęskniłam za domem. Kilka razy się zgubiłam. Najtrudniej jest zgubić się w nocy w wąskich uliczkach, chodząc tam i z powrotem. Rośnie ciśnienie, w głowie pojawiają się obrazy z filmów sensacyjnych a każdy, kto zaczepia swoim “hello” budzi postrach.
Ciemno robiło się około 19, więc tak naprawdę wystarczyło, że poszłam coś zjeść albo poćwiczyć jogę albo zagadałam się z przypadkowo poznaną osobą, a było ciemno. Uliczni sprzedawcy zwijają swoje kramy na jedno “hura!” – nagle ulice pustoszeją, wszyscy znikają i przypadkowy turysta zostaje sam ze swoim strachem i głupią miną.

Przez trzy tygodnie mojego pobytu jeździłam pociągami, autobusami, leciałam samolotem i przeszłam pieszo niezliczone ilości kilometrów.
W Rishikeshu aby dojść do swojej ulubionej kawiarni, pokonywałam pieszo 2 kilometry w jedną stronę. Czasem tylko po to, by zjeść ulubiony ryż z warzywami.
Chodziłam w góry, medytowałam w jaskini, kąpałam się w Gangesie, piłam na ulicy lemoniadę, jadłam słodkie gulab jamun z najczarniejszego kotła na ulicy w Varanasi. Przyglądałam się. I rozmawiałam. Nie wiem, na czym to polega – z setek zaczepek na ulicy, po prostu wybieram kogoś, z kim chcę rozmawiać. To może być sprzedawca herbaty albo książek albo sadhu albo starszy człowiek w białych szatach. Dwie młode nastolatki, które zaczepiają “Hari Om” i chcą chwilę porozmawiać. O czymś. O czymkolwiek albo o czymś konkretnym.
W prawie czterdziestostopniowym upale dzielnie maszerowałam z ciężkim aparatem, żeby uchwycić niektóre chwile. Niektóre…
Człowiek, który żebrze na ulicy. Wystarczy czasem spojrzeć komuś w oczy i chcieć pobyć z nim przez chwilę. W żadnym innym kraju nie przeżyłam czegoś takiego. Chwile, w których widziałam ludzi przyjeżdżających do świętych miejsc, by prosić o uzdrowienie: parę staruszków siedzących na schodach zwróconych w kierunku Gangesu, gdzie on był tak chudy, że było widać szczupłe piszczele. Ona założyła grube okulary i czytała mu modlitwy z książeczki kupionej na przydrożnym straganie. Matkę siedzącą na ulicy z dwójką malutkich dzieci, którym wybierała z włosów wszy. Dziewczynka podbiegła do mnie i powiedziała: Chcę sok!
W pociągu małżeństwo jak ze snu: ona ważąca ze 130 kg, odziana w turkusowe sari, przez prawie pięć godzin podróży cały czas coś jadła, w przerwach zakraplając mężowi do oczu krople. Był z nimi jeszcze jego ojciec – dziarski staruszek, który czytał gazetę i co chwila zdawał synowi relację z lektury piekląc się i wykrzykując jakieś kwestie.
Zdarzyło mi się samotnie chorować w pokoju hotelowym. Bezradnie i smutno. To też Indie.

Wiele się działo.
Wyjeżdżam stąd z przekonaniem, że było warto. Że chciałabym wrócić.
Z setkami zdjęć i kartek zapisanych drobnym maczkiem. Tym razem notowałam wszystko.
I z nową przyjaźnią – wystarczyło kilka dni, by się okazało, że można z kimś rozmawiać od rana do nocy. Ludzie spotykają się w tak niesamowitych okolicznościach.

Do przeczytania w Polsce!
Liska

48 komentarzy
Poprzedni
rp_sadhu_Rishikesh_0286.jpg
Następny
rp_Photo.jpeg