Ujęcia ze smakiem. Plate to pixel. Czyli książka o fotografii kulinarnej.

Kilka miesięcy temu wydawnictwo Helion zapytało mnie o opinię na temat wydania w polskim przekładzie książki Helene Dujardin „Plate to Pixel”.

Bardzo się ucieszyłam z tego pomysłu, bowiem nie ma chyba nikogo, kto nie znałby Helene i jej pięknego bloga Tartelette.
Bloguję już na tyle długo, by pamiętać początki zarówno Tartelette, jak i innych kulinarnych blogerów, których styl i umiejętności w ciągu tych kilku lat codziennej pracy ewoluowały do poziomu, który pozwala im na podejmowanie pracy zawodowej przy profesjonalnych sesjach zdjęciowych.
Tworzą one własne książki, współpracują przy innych wydaniach, pisują i fotografują dla czołowych magazynów kulinarnych – nie wspomnę tu o francuskim Elle a Table czy też amerykańskim Martha Stewart Living.

 Na przestrzeni wielu lat, z dostępem do aparatów cyfrowych, fotografia kulinarna przeszła ogromną metamorfozę. Wystarczy zajrzeć do dowolnej książki z przepisami z lat 80-tych czy 90-tych, żeby zobaczyć plastikowe jedzenie w bogatych aranżacjach. Świecące pieczone kurczaki, idealnie pokrojone torty czy glazurowane marchewki tak piękne, że nie istniejące w przyrodzie.
Przypominam sobie swoje początki, kiedy zafascynowana zdjęciami kulinarnymi, postanowiłam wziąć aparat i robić takie same. Każdemu, kto nigdy tego nie próbował, wydaje się to banalne – ot, gotujemy coś, ustawiamy na stole, bierzemy aparat i zrobione. Prawda jednak jest taka, że trzeba przejść długą drogę do tego, żeby ze zdjęć być choć w małym stopniu zadowolonym. Okazuje się bowiem, że a to potrawa jest niefotogeniczna, a to światło nie takie, a to zdjęcie nieostre.

Książkę Helen kupiłam jak tylko ukazała się w wersji angielskiej. Chciałam zobaczyć, co ma do powiedzenia i jakie są tajniki jej pięknej, klimatycznej fotografii.

Przyznam jednak od razu szczerze, że dla mnie ta książka nie była przełomem, nie nauczyła mnie niczego nowego. Czytając ją miałam refleksje dotyczące tego, jak sama poszukiwałam idealnych ustawień aparatu, odpowiednich do zdjęć teł czy naczyń. Przechodziłam podobną drogę w czasie, kiedy w książkach dotyczących fotografii kulinarnej radzono, jak używać gliceryny czy sztucznych kostek lodu, a świat blogosfery kulinarnej dopiero raczkował.
Ale jestem przekonana, że dla każdego, kto pisze do mnie maila: „Jaki to aparat i obiektyw”, ta książka będzie odkrywcza i pozwoli mu krok po kroku nauczyć się, że udane zdjęcie to nie tylko aparat i jego ustawienia.
Helen w swojej książce porządkuje te informacje i porady i pokazuje jak osiągnąć to, co chcemy. Jedni wolą się uczyć przez codzienne poszukiwania i eksperymentowanie, inni wolą mieć pewne rzeczy podane na tacy i tutaj tę tacę można znaleźć.

I teraz – pokazałam tę książkę dwóm zawodowym fotografom. Każdy z nich miał do czynienia z fotografią kulinarną i każdy z nich tę książkę skrytykował, jako mało profesjonalną. Usłyszałam pod jej adresem wiele krytycznych uwag, z którymi się nie zgadzam.
Można bowiem być geniuszem kompozycji i kadrowania, tworzyć idealne fotografie, do których inny zawodowiec nie będzie miał żadnych zastrzeżeń. Trzeba mieć jednak to coś, umiejętność pokazania jedzenia w taki sposób, żeby chciały się temu przyglądać tłumy.
I to coś ma Helen, która nie tylko napisała książkę będącą bestsellerem na Amazonie, ale również prowadzi warsztaty i szkolenia z fotografii oraz pracuje przy sesjach do innych książek.
I to, co skrytykuje zawodowiec, ujmie kogoś, kto po prostu lubi jeść.

Jestem zdania, że na rynku mamy wystarczającą ilość nudnych, profesjonalnych poradników, pełnych skomplikowanych sformułowań, które dla kogoś, kto po prostu chce się fotografią bawić, są kolejnym tomem do ustawienia na półce i przeczytania kiedyś, w wolnej chwili (czytaj: nigdy). Myślę, że ta książka jest dobrym początkiem dla kogoś, kto być może później będzie chciał zagłębić się w tajniki kompozycji, rodzaju światła czy też rodzajów obiektywów. To jak pierwszy krok do osiągnięcia tego, co się chce.
Każdy, kto nie wie, jak ustawić czas i przesłonę, znajdzie w niej konkretne wskazówki, ze zdjęciami i przykładami. Helen pokazuje jak wygląda jej domowe studio i jakich gadżetów używa.

Przeczytałam książkę w wersji angielskiej. Otrzymałam teraz jej polski odpowiednik, któremu nie miałam okazji przyjrzeć się dokładniej. Mam jednak inne tytuły tego wydawnictwa, które przeczytałam z zainteresowaniem.
Mam jedno zastrzeżenie do polskiego wydawcy – okładka.
W oryginalnej wersji jest to piękne, charakterystyczne dla autorki, zdjęcie. Polski wydawca dokonał melanżu paru luźno ze sobą związanych fot. Nie wiem, po co.
Ja postawiłabym na oryginał.
Ale to jedyny zarzut.
Polecam wszystkim blogerom kulinarnym i tym, którzy do fotografii nie podchodzą śmiertelnie poważnie.
Jestem pewna, że niemal każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Oryginalne wydanie:

„Plate to Pixel”
Helene Dujardin
wyd. Wiley.com 2011
Cena: ok. 19$

Polskie wydanie:

„Ujęcia ze smakiem”
Helene Dujardin
wyd. Helion 2012, tłumaczenie: Piotr Cieślak
cena: 59 zł

29 komentarzy
Poprzedni
rp_20120224_kulkiowsiane_0028.jpg
Następny
rp_babka_dyniowa_1923.jpg