Szczecin kulinarnie

Gdyby kiedyś ktoś zapytał mnie, z czym mi się kojarzy Szczecin, odpowiedziałabym – z paprykarzem! Słyszałam dziesiątki (strasznych) historii na jego temat, ale chyba już zawsze fajne wakacje będą mi się kojarzyć z furą kanapek z paprykarzem jedzonych w ogródku.
To się miało zmienić ostatnio, podczas mojej wizyty w Szczecinie.
Zaczęliśmy od klimatów indyjskich w restauracji Bombay.

Jej właścicielka, Anita Agnihotri, w wieku 17 lat została Miss Indii. Niedługo potem zakochała się w Polaku i przyjechała z nim do Polski. Ich drogi wprawdzie się rozeszły, ale pani Anita 17 lat temu założyła restaurację. Miałam okazję być (i dużo jeść) w Indiach i wiem, jak smakuje dobre indyjskie jedzenie. Smakuje dobrze tam, gdzie podaje je gospodarz, który czuwa nad jego jakością.
W Bombayu jest trzech kucharzy z Indii.
Zaczęliśmy od ciepłych chlebków naan nadziewanych serem i czosnkiem. Jedliśmy panierowany ser paneer, moi współbiesiadnicy raczyli się kurczakiem i jagnięciną, ja jadłam pulao z groszkiem.
Piliśmy masala chai, lassi z mango. Na koniec deser, czyli moje ulubione gulab jamun – małe kulki zatopione z nieziemsko słodkim syropie (tylko dla twardzieli, moi towarzysze nie dali sobie z nimi rady ;).

Jedzenie było wyśmienite, ale to, co urzekło nas wszystkich najbardziej, to właścicielka, która od ponad trzydziestu lat mieszka w Polsce i twierdzi, że czuje się… Szczecinianką, przy okazji świetnie władającą językiem polskim. Jej ujmująca osobowość i opowiadane przez nią historie sprawiły, że miałam ochotę pójść do Bombayu następnego dnia na śniadanie (albo chociaż herbatę).

Czekał na nas jednak kolejny punkt programu, restauracja rybna Chief i jej słynna zupa segedyńska, którą ponad trzydzieści lat temu wymyśliła pracująca w restauracji pani technolog. Restauracja ta należala kiedyś do słynnej Centrali Rybnej, dzięki czemu miała dostęp do świeżych ryb. Później centrala upadła, restauracja przeszła w prywatne ręce, ale słynna zupa jest w niej podawana do dziś.
To gęsta, zawiesista zupa z różnych gatunków ryb, przede wszystkim dorszowatych, doprawiona papryką i pomidorami, podawana w kociołku. Zupa była świetna, dania główne (próbowałam suma i sandacza) mniej, ale tym, co kazało mi do restauracji wrócić następnego dnia, były śledzie. W restauracji podaje się je na trzy sposoby – w śmietanie z jabłkami, w sosie majonezowym z jabłkiem i w oleju. Oczywiście udało mi się dowiedzieć, jak robi się te, które przypadły mi do gustu najbardziej i być może będzie kiedyś okazja, żeby je tu zaprezentować.
Innym niezapomnianym smakiem była przystawka z węgorza wędzonego na miejscu. Delikatne mięso podane z sosem chrzanowym, było wyborne.
To właśnie w Chiefie poznałam jeszcze jeden smak, który zapadł mi w pamięci na dłużej. To lokalna wódka Starka.
Na koniec coś bardzo słynnego, bardzo starego, będącego jednym z obowiązkowych punktów programu w Szczecinie – bar Pasztecik. Czas się w nim zatrzymał, jest jak w komunie. Plastikowe kwiatki na stole, kasa przy wejściu, kucharka pracująca tam od dziesięcioleci. Nie jestem fanem tłustych, smażonych dań drożdżowych, ale pasztecika (z serem i pieczarkami) po prostu musiałam spróbować. Podobnie jak niemniej słynnego barszczu.
Smakowało średnio, ale atmosfera bezcenna.

Wydeptane schody do „Pasztecika”

 Za radą Anny na FB, udałam się do Public Cafe i zjadłam tam rewelacyjne ciasto marchewkowe i sernik z musem owocowym. Było wygodnie, przytulnie i sympatycznie.

Adresy:

23 komentarze
Poprzedni
rp_IMG_3095.JPG
Następny
rp_zw_4205.jpg