Gaumardżos! Kochany, zabierz mnie do Gruzji.

„Był więc kwiecień 2006 roku, piękna pogoda w Tbilisi, słońce chylące się nad miastem ku zachodowi, my na tarasie Kopali, przed nami czachobili, szkmeruli, adżarskie chaczapuri, ostri, jesiotr w sosie z granatów, wino tsinandali i woda nabeglawi. A trzy stoliki dalej siedziała piękna trzydziestoparoletnia Gruzinka.
Nie zauważyłbym jej, bo siedziała za mną, ale w którymś momencie dostrzeglem, że Radkowi wzrok ucieka, że odpuszcza naszą przeuroczą wymianę wiców, których ze względu na wrażliwszych czytelników przytaczać nie będę, że krótko mówiąc, odpłynął.
Obejrzałem się i zrozumiałem powód Radkowego rozkojarzenia.
Szlachetne, surowe rysy, pociągła twarz, prawdziwa gruzińska księżniczka. Siedziała z koleżanką.
– Radziu, wyluzuj na miłość boską – odezwał się Endru – przecież nie będziesz jej tu wyrywał.
Błąd, a nawet wielbłąd, jak powiedziałby Jan Tomaszewski. Po chwili Radek wciągnął powietrze, kiwnął głową i ruszył w stronę księżniczki”*. 
Chcecie wiedzieć, co było dalej?

Ostatnio żyję książką Ani Dziewit i Marcina Mellera, Gaumardżos*.
Zaczęło się od audiobooka, który kupiłam, żeby nie tracić czasu na czekanie i posłuchać go w samochodzie. Kupiłam płytę sobie, ale po pierwszych kilku fragmentach, kiedy moja siedmioletnia córka domagała się więcej, wiedziałam, że to książka nie tylko dla dorosłych.
Tak już mam, że najbardziej lubię czytać rzeczy, po których chciałoby się natychmiast spakować walizkę i ruszyć w podróż. Albo przynajmniej zacząć ją planować.
Są ludzie, którzy opowiadają tak barwnie, że ma się chęć poprosić: zabierz mnie następnym razem ze sobą.
Ania i Marcin zachęciliby do podróży gdziekolwiek. Każdy, kto ich poznał, przyzna mi rację. To taki rodzaj podróżnika, który nie boi się zapytać o drogę. Któremu nie straszne wejść tam, gdzie wchodzą tylko miejscowi. Który potrafi pytać, ale przede wszystkim słuchać. A kiedy umiemy słuchać, dowiadujemy się więcej niż powiedzą nam przewodniki i artykuły w kolorowych gazetach o podróżach, w których wszystko jest zawsze idealne.
Zazwyczaj w innym kraju bywamy turystami. Oglądamy świat przez szybkę, przez jakieś oczekiwania, wyobrażenia. Filtrujemy miejsca przez przewodniki. Nielicznym udaje się więcej.
Pobyć przez chwilę Gruzinem. Zjeść suprę, upić się czaczą, leczyć kaca wodą Borjomi. Spotkać piękność, która wygląda jak gruzińska księżniczka. Ale to książka nie tylko o księżniczkach i jedzeniu. Również o wojnie, ZSRR, niebezpieczeństwach. O historii. O różnicach i podobieństwach. Tym, co łączy Polaka i Gruzina i o tym, co nas dzieli.
Bo myliłby się ten, kto myśli, że Gruzja w tej książce to kraj idealny, ale mimo to (a może właśnie dlatego), po lekturze ma się ochotę zobaczyć na własne oczy ten kraj i tych ludzi.
Audiobook mi nie wystarczył. Poszłam po wersję papierową. Na empikowej półce został ostatni egzemplarz. Czekał na mnie. Zaczęłam czytać i oglądać zdjęcia, dużo zdjęć (polecam od razu zajrzeć na stronę 183).
Autorzy umieli zatracić się w Gruzji, pokochać ją – taką wspaniałą, ale też niedoskonałą. W końcu to, co idealne, szybko się nudzi.
Ja też chcę teraz jechać do Gruzji. Mam nadzieję, że niebawem.

Tymczasem zaczęłam od wizyty w małej gruzińskiej knajpce Tbilisi**, na ulicy Puławskiej w Warszawie.
To stamtąd jadłam pierwszy raz chaczapuri – drożdżowe placki z serowym nadzieniem polane masłem. Od pierwszego razu minęło trochę czasu i wspaniale było je sobie znowu przypomnieć. Lokal prowadzą Gruzinki. Oprócz chaczapuri, jadłam lekko pikantną zupę z czerwonej fasoli z pastą z orzechów włoskich. Polecam również niespotykane gdzie indziej oranżady. Ach ten różowo-fioletowy kolor! Nie do podrobienia. Jedzenie jest smaczne i domowe, można zabrać również na wynos. Polecam gorąco!

* Gaumardżos! Opowieści z Gruzji.
Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller
wyd. Swiat Książki 2011
cena: 24,90 – 36,90 PLN
www


** Restauracja Tbilisi
www
ul. Puławska 24, Warszawa
czynne: pn-pt 12-20, sb 12-18

27 komentarzy
Poprzedni
rp_morele_0349.jpg
Następny
rp_cookies-m1_1024.jpg