Katalonia

Katalońska zima jest trochę jak polska wczesna wiosna.
Kilkanaście stopni ciepła, ostre i rześkie powietrze, młoda trawa. Zachłyśnięci nagłą różnicą temperatur, długie spacery okupiliśmy katarem, ale kto by się tym przejmował.
Tym razem miałam doskonałych przewodników, dzięki którym próbowałam lokalnych specjałów. Dotarłam do lokalików, w których menu było wyłącznie po katalońsku, ale nie musiałam wybierać w ciemno.

Od rodowitego Katalończyka uczyłam się jeść lagustynki – zaczynając od głowy (brrr!). Piłam dziesiątki filiżanek cafe cortado, trochę domowego wina, a przede wszystkim jadłam owoce morza. Chyba nigdy nie widziałam ich tyle, co tu.


Tradycyjnie odwiedziłam jeden z większych sklepów, żeby zobaczyć, co mają na półkach.
Lubię patrzeć, jakie sprzedają rodzaje mąki (żytniej brak), jakich przypraw sprzedają najwięcej (czerwonej papryki pimiento i mieszanki do paelli), po ile są duże krewetki (po 6,89 Euro za kilogram).
Jakie foremki mogłabym upchnąć do bagażu podręcznego (miniaturową formę do flanu).
Nie byłabym sobą, gdybym moim gospodarzom czegoś nie upiekła (słodkie bułeczki, chlebek bananowy i drożdżówka z kruszonką).

Odwiedziłam bazar staroci, na którym bezskutecznie poszukiwałam blaszanych, starych puszek po słodkiej czerwonej papryce Pimiento, które zobaczyłam gdzieś w restauracji i zapragnęłam mieć jedną z Jezusem 😉 Nie udało się, może uda się następnym razem.

Kuchnia katalońska pełna owoców morza jest, mimo wszystko, dosyć ciężka. Używa się tu dużo oliwy, większość dań jest smażona lub grillowana.
Pierwszego dnia spróbowałam fideuà (nazywanego również fideuada)- to rodzaj dania przypominającego paellę, tyle tylko, że zamiast ryżu, używa się do niego cienkiego, krótkiego makaronu vermicelli. Ciężkie to i intensywne w smaku, ale kiedy wróciłam po całym dniu do domu, marzyłam o tym, by następnego dnia zjeść fideuà znowu. Podaje się je z Allioli – czosnkowym majonezem, zrobionym na bazie oliwy. Tradycyjnie do zrobienia go nie używa się, jak u nas, jajek.
I podobnie jak w przypadku paelli, żeby zamówić fideuà, musimy mieć kogoś, kto zje drugą porcję, bowiem restauracje przygotowują je od ręki na dużych, głębokich patelniach, dla minimum dwóch osób.

I – tak, próbowałam szynek.
Po latach niejedzenia wędlin, niemal zapomniałam, jaki mają smak. Te, pokrojone w cieniutkie plastry przypominające bibułę, nie mają nic wspólnego z naszymi rodzimymi szynkami. Są ciągnące, słone, intensywne i bardzo charakterystyczne. Kiedy się ich raz spróbuje, trudno zapomnieć, jaki mają smak.
Kiedy jestem w Hiszpanii, zawsze zadaję sobie pytanie – dlaczego ich chleb jest tak paskudny? Bagietka, która po jednym dniu przypomina kamień, małe, pszenne bułeczki, których skład przyprawia o zawrót głowy, bo ilość E jest w nim większa niż w czymkolwiek innym.
Sklepy z pieczywem albo z wypiekami omijam tu szerokim łukiem – niczego bym nie zjadła, bo jeśli już czegoś spróbuję, jest niedobre. Lokalne ciastka przypominają mi to, co u nas widuję w hipermarketach.
Więc ich tam nie jem.
W tym miejscu przerwę moje hiszpańskie wspomnienia, jednocześnie dziękując Wam bardzo za wszystkie rekomendacje. Następnym razem z całą pewnością postaram się z nich skorzystać.
Wrócę jeszcze do Katalonii i do miejsc, które udało mi się zobaczyć tym razem.

Pozdrawiam bardzo ciepło!

31 komentarzy
Poprzedni
rp_0222_0535.jpg
Następny
rp_bezy110203_0748.jpg