Sobota z Amaro, część 1

*

O Wojciechu Modeście Amaro pisałam bardzo dużo między innymi przy okazji jego pierwszej książki tutaj.
Później zmartwiłam się, kiedy okazało się, że nie pracuje już w Amber Room, a jego strona internetowa z zapowiadanym atelier nie działa.
Jestem jednak cierpliwa, mimo wszystko. I kiedy pewnego dnia przeczytałam, że w październiku będzie organizował warsztat gotowania, wiedziałam, że takiej okazji na pewno nie przegapię.

On mówi o kuchni polskiej to, co ja myślę. Jego ostatnia książka „Natura Kuchni Polskiej” pokazuje bardziej lub mniej zapomniane składniki polskiej kuchni podane w nowoczesnych daniach. To jednak lektura raczej dla profesjonalistów – kto z nas dysponuje butlą z azotem? Ale nie o to w tym wszystkim chodzi. Wierzę, że dzięki tej pozycji, napisanej również po angielsku, świat zwróci uwagę na nasze polskie produkty i poszukiwania.
Najlepsza restauracja świata, Noma, też jest bardziej poważana na świecie, niż w Danii. Być może tam, jak i u nas, działa zasada „cudze chwalicie, swego nie znacie”.
Amaro odbywa podróże zarówno do Nomy, jak i do El Bulli i tam prezentuje swoje poszukiwania. Nie wyobrażam sobie lepszego ambasadora kuchni polskiej niż on.
Ma doświadczenie pracy w tamtych restauracjach, potrzebną wiedzę, znajomość nowoczesnych technik gotowania, a przede wszystkim czuje potencjał kuchni polskiej i do tego myśli. A to nie jest oczywiste w kraju, gdzie w jednym z nowych polskich programów kulinarnych, „medialny kucharz” jako dwie różne rzeczy wymienia: przegrzebki i małże świętego Jakuba, a drugi, równie medialny, podczas tej samej zagadki podaje „homara” i „lobstera” jako dwa różne skorupiaki. We mnie wzbudza to jedynie uśmiech politowania i smutek, że tacy ludzie mają kreować nasze polskie smaki.

Kiedy kilka dni temu dostałam książkę z Nomy, pomyślałam: Boże, to jest coś, co sama bym chciała robić! Użyjmy lokalnych produktów, wykorzystajmy współczesną wiedzę dotyczącą obróbki składników i zróbmy coś wspaniałego.
Tylko jak?
Amaro opowiadał, jak w Paryżu kupował na targu dorsza do polskiej restauracji wzbudzając żarty handlarzy, którzy zapytani o to, co ich tak bawi odpowiadali: „Ano to, że ten dorsz przed chwilą przyjechał z Polski”. I tu jest diabeł pogrzebany. To, co mamy najlepszego, wysyłamy za granicę, a sami zadowalamy się mrożonymi pangami z Chin i zielonymi bananami.
Wierzę, że jego rola i medialność sprawią, że polski konsument będzie wymagał jakości, będzie chciał jeść lokalnie i producent odpowie na te oczekiwania.

W następnym odcinku opowiem więcej na temat samego warsztatu.
A tymczasem – do miłego!

cdn

*z moim chlebem 🙂

25 komentarzy
Poprzedni
rp_amaro_8943.jpg
Następny
rp_amaro_8843.jpg