O kuchni pełnej cudów i rewolucji kulinarnej w szkołach

Przed chwilą pisałam Wam o biografii Jamiego Olivera, którą niedawno skończyłam czytać. I nie mogę przestać myśleć o jednym wątku z tej książki, a mianowicie rewolucji kulinarnej w szkołach, jaką zapoczątkował Oliver.
Przyznam, że nie śledziłam telewizyjnej serii, widziałam zaledwie kilka odcinków i większość informacji na ten temat czerpałam ze słowa drukowanego.
Kucharki, od których nie wymaga się umiejętności gotowania, jedynie korzystania z nożyczek, którymi rozcinają kolejne opakowania zmielonego czegoś, co po podgrzaniu w piecu wyląduje na szkolnych talerzach, dzieci protestujące przed tym, co nowe, nie umiejące odróżnić smaku słodkiego od słonego, nie rozpoznające podstawowych warzyw i owoców i wreszcie chyba najgorsze z tego wszystkiego: rodzice, stojący przy szkolnym płocie, dzierżący w dłoniach hamburgery i Coca Colę dla swoich sfrustrowanych nową dietą dzieci.
Zastanawiam się nad tym, jak jest w naszych szkołach i przedszkolach. Czy polskie dzieci również dostają paluszki rybne, w których nie ma ryb, słodkie przetworzone dodatki i napoje gazowane? Jako matka niejadka jestem skazana na codzienne przygotowanie drugiego śniadania w domu, więc szkolna stołówka niekoniecznie leży w zakresie moich zainteresowań. Dlatego chciałam zapytać Was, jak to dziś wygląda?
Zmorą mojego dzieciństwa były szkolne obiady – jak sięgnę do nich pamięcią, widzę niekończące się dania z podrobami: cynaderki, twardy gulasz albo placki z gulaszem. Na straży okienka z brudnymi naczyniami stała kierowniczka stołówki odsyłająca niejadków do dokończenia tych pyszności.
Pamiętam też gorące mleko z kożuchem, które trzeba było wypić na krótkiej przerwie.
Moja mama odpuściła mi te obiady, mogłam jeść w domu, ale dziś życie wygląda zupełnie inaczej. Dzieci spędzają w szkołach więcej czasu, rodzice mają mniej możliwości gotowania w domu.
Zapewne do jakiejkolwiek rewolucji kulinarnej nam daleko, ale czy u nas jest również tak źle jak w Anglii?

Podczas kiedy ja czytałam tę książkę, moja córka wyjęła z półki z książkami klasyk mojego dzieciństwa: Kuchnię Pełną Cudów*. Czyli robienie czegoś z niczego. Myszki z sera z wąsami ze szczypiorku i oczami z pieprzu, muchomory z jajek ugotowanych na twardo i połówek pomidora upstrzonych majonezem.
Myślę, że uniwersalność tej książki polega na jej bezpretensjonalności: rodzina, jakich wiele, dzień Matki, imieniny kota (tak, tak), Barnaby Kowalskiego.
Minęło tyle lat, dziś już pewnie nikt nie myśli o robieniu czegokolwiek z mortadeli czy parówek, a ta książka, ilekroć pojawiają się w naszym domu koleżanki mojej sześcioletniej córki, wzbudza niesłabnący entuzjazm. I chodzi tu nie tylko o przepisy na krokodyla z ogórka, dziesiątki (tak, a może i setki) serowych myszy, zimowych słoneczników (z masłem rzeżuchowym i kiszką pasztetową, voila!). Raczej o to, że w czasach zabiegania, niezliczonych pozalekcyjnych zajęć, gier komputerowych, korków na mieście i zmęczenia, jest miejsce na historię o rodzinie, która była jedną z wielu sobie podobnych, gdzie życie płynęło utartym szlakiem, z czasem na celebrowanie imienin kota czy siekanie warzyw na sałatkę jarzynową.
Inspirujące to dzieło. I podoba się nie tylko trzydziestolatkom, którzy nad jej kartami mogą powspominać.

Na deser: myszy z sera. Przepis jest w książce, ale myślę, że nawet bez przepisu poradzi sobie z nim każdy, zwłaszcza ojcowie. Podziw i uznanie gwarantowane 🙂

*Kuchnia Pełna Cudów
Maria Terlikowska, il. Ewa Salamon
Wyd. 1978

73 komentarze
Poprzedni
rp_autumn_0579.jpg
Następny
rp_porto_8391.jpg