Doświadczenie Belvedere

Jest takie powiedzenie: Doświadczenie McDonald’s.
Chodzi w nim o to, że każdy, kto wybiera się na hamburgera, wie, czego się spodziewać i to dostaje. Bez niespodzianek, nagłych zmian. To przewidywalność: wybierasz dowolnego McD i wiesz, że dostaniesz tam to, po co przyszedłeś.
Można lubić McDonald’s lub nie, ale jeśli chodzi o procedury i utrzymanie stałego klienta, ta firma wie, jak to robić.
Kiedy mam swoją ulubioną restaurację, w której celebruję najważniejsze wydarzenia, w której od lat mogę spodziewać się wysokiego standardu, smacznych dań i doskonałej obsługi, to też jest dla mnie „doświadczenie”. Idę tam, bo wiem, że mnie nie zawiedzie.
A kiedy mnie zawodzi, to czuję przede wszystkim żal.
I taki żal poczułam w weekend, kiedy zostałam zaproszona do restauracji Belvedere, o której pisałam dwa lata temu w samych superlatywach.
Pierwsze wrażenie: wielkie puste stoły nakryte białymi obrusami, a kelner mówi, że nie ma miejsc, powinno dać mi do myślenia, ale nie dało, więc brnęłam dalej.
Zostaliśmy poinformowani, że dzisiaj jest brunch* (dodam, że dochodziła godzina 16). Na stole położono nam menu brunchu i właściwie bez pytania, zaczęto polewać wodę, wino (wszystko w zestawie). Po 30 minutach na stół wjechały czerstwawe małe bułeczki. Kelner wlał na talerzyki resztki oliwy i odrobinę octu i zostawił nas na kolejne pół godziny.
Przy stoliku obok duża rodzina obchodziła rodzinną uroczystość i patrząc na talerze, jakie kelnerzy nieśli w ich kierunku myślałam w duchu: mam nadzieję, że to nie jest TO menu.
Miałam. Wątpliwości zostały rozwiane, gdy przed nami wyrosły talerze z „zimnym bufetem”: sałatą z krewetkami polaną majonezem, szarawym tatarem z łososia rozłożonym na drugim kawałku sałaty, trzema kawałkami terriny koziej i kolejnej wersji tej samej sałaty, tyle że tym razem z kawałkami camemberta, figi i malin.
Ten, kto to przygotowywał w repertuarze przypraw miał jedynie dużo, bardzo dużo soli.
Czy wybrali Państwo pierogi?
Tak. Dostaliśmy po dwa rozgotowane pierogi: ze szpinakiem i białym serem oraz kapustą i grzybami. Pierogi były na jednym wspólnym małym talerzu, więc należało je prawdopodobnie jeść jednym widelcem.
Później była pomidorowa, a właściwie oliwno-pomidorowa. Oliwy ktoś nie pożałował, w przeciwieństwie do ziół. Mimo szczerych chęci – nie dałam rady tego zjeść.
Danie główne? Turbot. Płat obsmażonej w duuuużej ilości oleju ryby, następnie odgrzany, przysypany łyżką kaszy gryczanej, upstrzony podgrzaną marchewką mini, dwoma fasolkami. Plus dużo, bardzo dużo oleju i jeszcze więcej soli.
Wiesz, mam nadzieję, że chociaż kawa będzie taka, jak zawsze. Bo po deserach niczego się już nie spodziewam – szepnęłam do Towarzysza „Brunchu”.
Smutno pokiwał głową i wtedy powitaliśmy desery: przepraszam, zestaw deserów: dwa kawałki czerstwego ciasta z malinami, gumowatego sernika, który obok zapowiadanych w karcie rodzynek zapewne nawet nie leżał, miniaturowe babeczki z wodnistym rabarbarem przykryte mokrym kleksem czegoś, co miało być bezą i – to był hit tego dnia – piernik, który udawał „fondant czekoladowy”**.
Zamówiłam kawę. Była taka jak zawsze, czyli dobra.
Podczas całego obiadu miałam wrażenie, że śnię. Że we śnie jestem w latach osiemdziesiątych, gdzie trafiłam na wesele, na którym kelnerzy za chwilę zapytają czy już podawać gorący bufet, bo bigos i flaki już są podgrzane.
Kelnerzy snuli się między stolikami, kiedy przez pół godziny smętnie patrzyliśmy na obeschnięte bułeczki i popijaliśmy wodę. Zastanawiałam się, gdzie się podział ten świetny szef kuchni, który potrafił z tradycyjnej kuchni polskiej wydobyć jej esencję, a inspiracje kuchni międzynarodowych zinterpretować tak, że miało się ochotę powiedzieć mu: jest pan genialny! Gdzie są pracujący od zawsze kelnerzy, zorientowani w daniach, które podają. Zniknęli jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki złej królowej. Nie ma. Ale może odpowiedzią były liczne samochody dostawcze z napisem „Belvedere Catering”.
Stanowiliśmy w restauracji smutny widok, bo było nam smutno.
Restauracja, która chwali się tym, że gościła koronowane głowy i Marthę Stewart, w niedzielne popołudnie udaje, że piernik to fondant, późny obiad to brunch, bukiet przypraw to sól i pieprz. I pokazuje, że koronowana głowa zasługuje na menu z klasą, a przeciętny gość zadowoli się byle czym.
Zawsze zastanawiałam się, dlaczego ta restauracja, która dobrze karmi(ła) na miejscu, ma paskudne cateringi, bo za każdym razem, kiedy byłam na imprezach obsługiwanych przez Belvedere, jedzenie było niedobre. Dziś poczułam się tak, jak bym była na imprezie w Belvedere, którą obsługuje Belvedere Catering. Z tą różnicą, że tym razem trzeba było zapłacić 149 zł za osobę.
Nie było warto. Z całą pewnością nieprędko tam wrócę.

Restauracja i kawiarnia Belvedere
Łazienki Królewskie,
ul. Agrykoli 1
Warszawa

*jak mówi Wikipedia „Typically brunch is had at around 11 am, close to lunch time but still before”
**czekoladowy fondant to podawane na ciepło ciastko, które z zewnątrz ma cienką warstwę ciasta, w środku płynącą czekoladę

16 komentarzy
Poprzedni
rp_gruszkowe-m_6575.jpg
Następny
rp_pesto-m_6795.jpg