IV Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku w Poznaniu

Krówki-ciągutki w kilkunastu smakach, tradycyjne lody (tak, jak to było kiedyś: śmietankowe, czekoladowe i truskawkowe), piróg biłgorajski, sery i niezliczone (naprawdę niezliczone) ilości pięknych i pachnących wędlin i chleba. Gdzie? Na Festiwalu Dobrego Smaku w Poznaniu. Przyjechałam tu na zaproszenie, specjalnie po to, by na własne oczy przekonać się, jak to wszystko wygląda i jak smakuje. Pomimo upału nie mogłam oprzeć się pokusie próbowania smakołyków, kupowaniu drewnianych łyżek i delektowaniu się widokiem tego, czego zjeść po prostu nie dam już rady.
Gdyby tego było komuś mało, organizatorzy zadbali o inne rozrywki – pokazy kulinarne poznańskich szefów kuchni, spotkania autorskie, promocje książek kulinarnych i konkursy na najlepsze produkty regionalne (nie wiedziałam wcześniej czym jest poznańska szneka…), a wieczorami koncerty.
Do hotelu wracałam obładowana siatkami z chlebem, miodami i nalewkami. Festiwal trwał od 12 do 15.08. i właśnie na weekend organizatorzy zaplanowali najciekawsze atrakcje, między innymi Laboratoria Smaku – spotkania, na których eksperci opowiadali o zagadnieniach związanych z takimi tematami jak polskie sery zagrodowe, wielkie wina węgierskie czy mistrzowskie nalewki.

Wzięłam udział w promocji nowej książki Andrzeja Fiedoruka „Kuchnia Lwowska”. Mam kilka poprzednich książek tego autora, który pisze o kuchniach kresowych, tak bliskich memu sercu. Autor opowiadał o kulisach powstawania nowej książki, a wśród publiczności dostrzegłam chyba najbardziej znaną autorkę współczesnych książek o kuchni polskiej – Hannę Szymanderską siedzącą nieopodal Piotra Bikonta. Udało mi się nawet odpowiedzieć na jedno z pytań konkursowych i wygrać dwie książki (niestety nie pana Fiedoruka).
Festiwal trwał kilka dni, od czwartku do niedzieli. Ja miałam okazję być na nim we czwartek i piątek – zeszłam wszystkie miejsca wzdłuż i wszerz.
Przy okazji wzięłam udział w pogawędce na temat pszczół (stali czytelnicy bloga wiedzą zapewne o mojej słabości do pszczelarzy 😉 i miałam okazję na własne oczy zobaczyć matkę pszczół i przekonać się, czym różni się od pozostałych. Moja córka z zębami zatopionymi w plaster miodu usiłowała nakłonić nas do złożenia obietnicy, że kupimy łąkę i zbudujemy na niej ule. Cóż, może na emeryturze 😉

Świątek, piątek i niedziela… W ulu jest 60 tysięcy pszczół.
Z kaszą gryczaną w cieście drożdżowym. Chyba spróbuję taki upiec…

Byłam pod dużym wrażeniem organizacji festiwalu, który nie był, jak to zwykle bywa, jedynie zbiorem kilku sklepików sprzedających swoje wiktuały. Każdy znalazł coś dla siebie. Po paskudnym jedzeniu w hotelu Sheraton w dniu poprzedzającym Festiwal, ruskie pierogi prosto z termosa były prawdziwą ambrozją.

Spotkanie z andrzejem Fiedorukiem, autorem książki Kuchnia Lwowska

Wielu sprzedawców opowiadało o produkcji sprzedawanych przez siebie serów, piwa czy wędlin. Można było próbować, pytać, oglądać. Tu poczułam, że nasze tradycje wcale nie są zapomniane. Wręcz przeciwnie, wielu jest pasjonatów, którzy tworzą niesamowite produkty – nasze sery to nie tylko oscypki. Potrafimy tłoczyć olej, wędzić dziesiątki rodzajów ryb, wyplatać kosze wiklinowe (wciąż!) i niekoniecznie zajmują się tym wiekowi panowie.
Lubię pisać o pozytywnych doświadczeniach, ten festiwal bez wątpienia do takich się zalicza. Chciałabym, byśmy mieli podobny w Warszawie…
A nawet jeśli nie, to i tak mam nadzieję, że ten Festiwal będzie początkiem ciekawych imprez kulinarnych. Za granicą producenci wiśni organizują spotkania, gdzie oprócz prezentacji swoich sadów, odbywa się pieczenie wiśniowych placków. Może i u nas ktoś wpadnie na podobny pomysł, bo jak pokazał Festiwal, naprawdę nie mamy się czego wstydzić: nasze lokalne wyroby są wspaniałe i warto je pokazać. Żyjąc w mieście i mając dostęp do wiecznie tych samych produktów, nawet w sklepach ekologicznych, które sprzedają ciągle to samo, nie wiemy, że jest firma, która tłoczy na zimno olej rzepakowy, który należy zużyć w sześć miesięcy. Olej, który kupiłam, był rozlany do butelek zaledwie tydzień przed festiwalem. Jaka miła odmiana w porównaniu z olejami stojącymi miesiącami na sklepowych półkach.
Jedyne, co mnie powstrzymywało przed kupowaniem tych smakołyków była świadomość, że mam tylko dwie ręce i będę musiała wtarabanić się z tym wszystkim do pociągu. Na szczęście nie sprzedawano żywych kur, bo, kto wie, czy nie przypominałabym wówczas wiejskiej przekupki jadącej pociągiem w siną dal.

Zachęcam Was do odwiedzania Festiwalu Dobrego Smaku. Kolejny już za rok 🙂
Więcej informacji i program IV Ogólnopolskiego Festiwalu Smaku w Poznaniu znajduje się na stronie www.

Konkurs na najlepszą nalewkę. Na zdjęciu: Księżycówka.

Tylko 3 smaki, ale jakie…

Truskawkowe, śmietankowe czy czekoladowe?





27 komentarzy
Poprzedni
rp_murzynek_2754.jpg
Następny
rp_cynamonowe_2858.jpg