Tam, gdzie żaby szczekają…



…rosną drzewa, których gałęzie są ciężkie od awokado auććć! (zwłaszcza, kiedy podnoszę głowę). Maleńkie figi, limonki i połacie dziko rosnących ziół.
Mieszkam w domu, gdzie dzieci jest na tyle dużo, by blacha jeszcze ciepłych bułeczek znikała, nim zdążą ostygnąć.
Czas gotowania bez przepisów (czasem czuję się jak babcia, która wszystko robi z głowy).
To nowe doświadczenie: zamiast kopczyka z 350 gram mąki usypywać taki z dwóch kilogramów. Bez miksera, blach i wagi.
Wszystko wydaje się takie łatwe, można czerpać z zapasów pamięci, połączeń, które trenowałam w domu.
Więc zrywam, obieram, siekam, zagniatam, piekę, przekrajam, smaruję masłem. Nic nie zostaje na później, na jutro, na nie wiadomo kiedy.

A wracając do żab – koncertują o północy tuż pod naszymi oknami. Dziwne to piosenki i rozmowy, przekrzykiwania, szczekanie i zawodzenie. Krzyczą, kiedy wiatr hula i kiedy jest tak cicho, że wydaje się, że słychać jak gwiazdy spadają.
Nasze dzieci, kiedy nie śpią (a prawie nie śpią ;-), zbierają kijanki jak małe dinozaury w nadziei, że uda się zobaczyć, jak z kijanki powstaje żaba.
Mamo, kiedy w końcu odpadną im ogony?

cdn 🙂

16 komentarzy
Poprzedni
rp_mikser_0036.jpg
Następny
rp_kumquat_7241.jpg