Kuchnia andaluzyjska okiem turysty i moje gazpacho

W każdym miejscu, w którym udaje mi się pobyć dłużej niż przez weekend, lubię odwiedzić lokalne sklepy czy bazary, by zobaczyć, z czego miejscowi gotują. Zawsze interesuje mnie odmienność w porównaniu z tym, co jest w naszych sklepach. Szukam również podobieństw, porównuję ceny.
Na wakacjach jestem tylko turystą, odkrywam rąbek kulinarnych tajemnic. Uważam, że trzeba pobyć gdzieś o wiele dłużej, by móc określać kuchnię danego regionu.
W Andaluzji byłam w kilku restauracjach, zarówno takich, przygotowanych pod turystę, jak i lokalnych, malutkich knajpek, gdzie menu stanowiła kartka w miniaturowym kajecie kelnera. Dosyć szybko nauczyłam się rozróżniać podstawowe rodzaje ryb, mięsa czy warzyw oraz sposoby ich przygotowania. Wieczorami studiowałam mini-słownik z prozaicznego powodu – nie sposób było się dogadać po angielsku.
Po tym jak z obowiązkowego punktu programu każdego miasta czyli księgarni wyszłam z dwiema księgami po hiszpańsku, mój Towarzysz Podróży stwierdził, że niedługo do kolekcji będzie mi brakować jedynie książki kucharskiej w suahili. Chęć zgłębiania nowych przepisów jest silniejsza niż nieznajomość języka i muszę przyznać, że moja determinacja w tej kwestii jest godna podziwu – skoro gotowałam już z portugalskich czy francuskich książek (o niemieckiej, ratunku!, nie wspominając), hiszpański jawił się jako łatwy i zachęcający.
Zatem zamiast iść spać, siadałam pod lampą z mini-słownikiem i tłumaczyłam przepisy.

Im dłużej żyję na tym świecie i im baczniej się mu przyglądam, tym częściej zdaję sobie sprawę z tego, jak trudno przenieść na obcy grunt kuchnię jakiegoś narodu. Kiedyś robiłam dziesiątki eksperymentów, by uzyskać crunch taki, jak jadłam w Anglii, ale mimo iż robiłam wszystko zgodnie z przepisem, smak odbiegał od oryginału. Dziś już wiem, że w daniu liczy się wszystko – masło smakuje inaczej w Hiszpanii i Polsce, płatki owsiane są inne w Anglii i Polsce, a hiszpańskie krewetki kupione w Hiszpanii pachną morzem a nie krewetkami.
Dlatego wszystko, co robię w Polsce będzie tylko interpretacją obcych smaków. Nigdy nie będzie smakować tak samo.
Ale godzę się z tym. OK, niech sobie będzie interpretacją. Dlaczego nie mielibyśmy korzystać z bogactwa innych kultur, zwłaszcza, jeśli łatwo je zaadoptować do naszych warunków. I o ile paella nigdy nie będzie tu taka jak tam, to już gazpacho, z naszych polskich, pysznych pomidorów, może być całkiem niezłe. Zwłaszcza, że Hiszpanom zdarza się podać turyście zwarzoną zupę tłumacząc, że taka ma być.

Kuchnia andaluzyjska, jaką widziałam, to kuchnia bardzo prosta, gdzie wiele dań jest smażonych – smażone krewetki, smażone kalmary, smażone sardynki. Z zup gazpacho albo ajo blanco (wreszcie udało mi się spróbować tego chłodnika zrobionego z czosnku i mielonych migdałów, doprawionego oliwą). Na co dzień nie jem tylu smażonych dań, więc dlatego chętniej niż w restauracji jadłam w domu, gdzie zamiast smażyć, piekłam czy dusiłam.
Gdybym miała powiedzieć, czego będzie mi brak, powiedziałabym, że świeżych owoców morza, gdzie 300 g kalmarów kosztuje 1,5 Euro, dużych świeżych krewetek po 7 euro za kilogram czy tych wszystkich ryb: miecznika, tuńczyka, barweny i owoców morza, niektórych tak dziwnych, że długo zastanawiałam się, co to może być.
I jeszcze awokado – najlepsze jakie kiedykolwiek jadłam. Awokado, które kiedy dojrzewa, jest miękkie i zielone, a nie czarne. Rwałam z drzewa cytryny o grubej, nierównej skórce. Z soku robiliśmy lemoniadę, skórką doprawialiśmy ryby i ciasta.
Zdziwiło mnie, że Hiszpanie nie używają wielu ziół – gotowałam z dziko rosnącego tymianku, rozmarynu, oregano. W sklepie malutka tacka ziół kosztowała aż 1,5 Euro.
A czego mogą nam zazdrościć w Andaluzji? Ziemniaków i jabłek.

Dzisiaj, z ziemi andaluzyjskiej do Polski – gazpacho. Z naszych pomidorów.
Gazpacho to rodzaj chłodnika. Idealny na upały. W wielu przepisach do zupy dodaje się namoczone w oliwie pieczywo albo bułkę tartą. Ja jednak rezygnuję z niej.

Gazpacho często jest podawane w filiżankach lub małych szklaneczkach. Osobiście wolę ten sposób podania niż w misce. Do zupy nie dodaję już wody.

Gazpacho

1 kg dojrzałych pomidorów
2 ząbki czosnku
pó małej cebuli lub dymki
pół czerwonej lub zielonej papryki
2 małe ogórki (używam ogórków, które nadają się do kiszenia)
4-5 łyżek oliwy z oliwek
2 łyżki octu z czerwonego wina (ja użyłam octu z sherry, ale może być dowolny)
sól i pieprz do smaku
ew. szczypta cukru
do podania: drobno pokrojone: papryka, ogórek, pomidor, ew. grzanki lub zioła

W garnku zagotować wodę. Pomidory ponacinać, zanurzyć we wrzątku, następnie pod bieżącą zimną wodę i obrać ze skórki.
Czosnek i cebulę obrać i pokroić. Z papryki wydrążyć gniazda nasienne.
Wszystkie składniki zmiksować w blenderze, doprawić solą i pieprzem.
Schłodzić w lodówce minimum 2 godziny.
Przed podaniem można do miseczki/filiżanki dodać 1-2 kostki lodu, posypać dodatkami.

Smacznego!

34 komentarze
Poprzedni
rp_spain_8615.jpg
Następny
rp_IMG_9295.jpg