O białym obrusie i starych książkach

„Powiedział ktoś, że stół jest pośrednikiem uczuć, staraniem więc każdej gospodyni domu powinno być, aby nietylko w dnie uroczyste, niezwykłe, ale i w życiu codziennem pośrednik ten zawsze był strojnym, ujmującym, przyjemnym dla oka, a ponętnym dla podniebienia.
Stół powinien być nakryty śnieżnej białości obrusem, zwieszającym się prawie do ziemi, a chociaż dobór i wykwintność bielizny stołowej zwykle zależy od skali gospodarstwa, wszakże obowiązkową powinna być jej czystość niepokalana.”*


Temat starych książek kucharskich wraca jak bumerang, niezależnie od tego, ile razy o nich mówię. Zawsze ktoś prosi: opowiedz mi to jeszcze raz. Opowiadam więc, jak dziecku bajkę przed snem, setny raz a może sto pierwszy.
Bo bajki są bliskie memu sercu. I stare książki kucharskie też.

Mam ich kilkanaście, lubię w nich szperać, szukać zapisków zostawionych przez poprzednich właścicieli.
Są jak stare szuflady, w których gnieżdżą się niespodzianki – róg kartki z kalendarza, dopisek: pyszne!, stara reklama na końcu z adresem i telefonem, którego dawno nie ma.
Dziś już nie uprawiam zbieractwa – nie poluję na nie namiętnie i z wypiekami na twarzy, nie jestem skłonna przepłacać, byle tylko je posiąść.
Większość z nich oddałam do profesjonalnej renowacji – zostały uprane, naprawione, oprawione. Z innymi nie umiem się rozstać nawet na chwilę, więc są pożółkłe i pomarszczone. Jak ta staruszka, która siedzi na ławce w parku i obiera jabłko.
Niektóre z książek po renowacji wyglądają teraz jak reprinty, choć nimi nie są.
Dziś nie widzę sensu w reprintach. Reprinty nie cieszą tak, jak obcowanie z książką, która pamięta. Stare przepisy są jak krótkie nowele, kolorowe puzderka z zapomnianymi składnikami.
Niektóre z nich można odtwarzać, inne nie.
Jedną z książek, na którą długo czekałam była Najnowsza Kuchnia wytworna i gospodarska Marty Norkowskiej. Byłam cierpliwa, więc przyszła do mnie w swoim czasie i dziś lubię wieczorem zanurzyć się w opisy dawnych przygotowań do biesiadowania.
Lubię patrzeć na listy obiadów skromnych. Żeby zrobić choć jeden z nich we współczesnej kuchni, trzeba by zapewne tydzień wcześniej wyruszyć na polowanie do lasu albo na ryby i z namaszczeniem wszystko przygotowywać.
Bawi mnie wyobrażanie sobie tego, ja to dawniej wyglądało, jak smakowało.
Dziś wiele straciliśmy z tego sacrum.
Lubię patrzeć na kolorowe ilustracje, na stroje występujących tam postaci. Na zastawę i bajeczną prezentację wytwornych galaret i nadziewanych sztuk mięsa.
To pozwala mi zrozumieć dawną sztukę kulinarną, wolną od ograniczeń – braku towaru na półkach, braku rąk do pracy. Ktoś przecież musiał to przygotować. A potem zebrać wyczyszczone z sosu talerze, umyć je w wielkim zlewie, wytrzeć do sucha ściereczką i ustawić w kredensie.

Jem dzisiaj śniadanie na obrusie czystości niepokalanej, który wprawdzie nie zwiesza się aż do ziemi, ale pozwala mi pamiętać o naszych przodkach.
To moje małe sacrum.

*Najnowsza Kuchnia wytworna i gospodarska, M. Norkowska

15 komentarzy
Poprzedni
rp_bananoweIMG_1215.jpg
Następny
rp_czekoladoweIMG_1515.jpg