Teneryfa. Pierwsza pocztówka.


Zanim wyciągnę ostatnią rzecz z wciąż nierozpakowanej walizki, zanim zniknie ostatni promyk słońca, który schowałam gdzieś między ubraniami, zanim odłożę na półkę przeczytane wakacyjne lektury, pozbieram wszystkie słowa, którymi opiszę Teneryfę.

Powakacyjne upojenie trwa u mnie mniej więcej tydzień.
Rzucam w progu torby, obchodzę domowe kąty, postanawiam oddać niechciane książki, sprawdzam temperaturę za oknem i gotuję wszystko to, za czym tęskniłam.

Wieczorem składam świeże wspomnienia. Układam je w myślach, zapisuję w albumach, staram się, by nic nie umknęło.
Z każdej podróży, zwłaszcza tej pierwszej do… przywożę oczarowania i olśnienia. Przyprawy, połączenia, metody przygotowania tego czy owego.
A więc do rzeczy.

Na Teneryfie, jeśli zapuszczamy się w zakątki miasteczek, raczej nie powinniśmy liczyć na powszechną znajomość angielskiego. W niczym to jednak nie przeszkadza, bo można i zamówić, czego dusza zapragnie i dogadać się bez problemu. Odkryłam, iż podstawowa znajomość włoskiego w połączeniu z językiem gestów, czyni w tym kraju cuda.

Bardzo lubię chodzić tam, gdzie miejscowi. Jeśli odkryję jakąś lokalną kawiarenkę, będę odwiedzać ją bez przerwy. Pod koniec naszego pobytu poznają nas kelnerzy i nie musimy na głos wymawiać tego, co chcemy. I tak wiadomo, że znowu weźmiemy cafe cortado leche y leche. Początkowo, nieświadoma istnienia tego boskiego napoju, zamawiałam kawę z mlekiem, zastanawiając się, co też popijają przy innych stolikach – ja chciałam to samo. I w końcu dostałam – pierwszy łyk ostry i intensywny. Sączyłam swoje cafe cortado i cieszyłam się ciepłym powietrzem i deszczem, który nawet jeśli pada, nie boli i nie dokucza.


Lubiłam zejść z turystycznych szlaków, zabłądzić w małych uliczkach, pić wodę z fontanny i spacerować w górę i na dół.
W większości krajów, do których podróżuję, szukam ZOO. To jakaś miła odskocznia, bycie bliżej natury, bycie dzieckiem. I z dzieckiem. Więc kiedy dowiedziałam się o dużym Loro Parque, w którym, obok niezliczonej ilości papug, są pokazy orek, fok i delfinów, postanowiłam je zobaczyć.
I pierwsza wizyta, podczas której podczas pięciu godzin podziwiałam zwierzęta, okazała się niewystarczająca. Trzeba było ją powtórzyć. W tym miejscu wszystko jest dopracowane do perfekcji – wygodne wybiegi, przestronne klatki, wylęgarnia ptaków, do której można zajrzeć przez szybkę. Ale najbardziej, ale to najbardziej na świecie, wzruszyło mnie pingwinarium – tutaj każdego dnia produkuje się pingwinom dwanaście ton śniegu. Można poruszać się na specjalnej platformie, przy dźwiękach muzyki. Jakby człowiek znalazł się na chwilę w innym świecie. Pingwiny śpiące. Pingwiny spacerujące. Nurkujące i odpoczywające. Wspaniały widok.

Odwiedziliśmy południową i północną część Teneryfy. Ta pierwsza – cieplejsza, bardziej jasna, młodsza, choć większość hoteli wtopiona jest w skalistą plażę. Dla odmiany, Północ to piękno przyrody – stare miasteczka, ogrody botaniczne. Mnie urzekła zwłaszcza Orotava.
Na dzisiaj chyba wystarczy…

Grrrrrr!

Tak w Loro Parque wygląda jedzenie przygotowane dla ptaków:

Pokazy delfinów:

24 komentarze
Poprzedni
rp_makaronIMG_6678.jpg
Następny
rp_cafeIMG_7244.jpg