Pięć książek, które mnie zmieniły

Każdy, kto czyta, miał to przynajmniej raz w życiu.
Zamykasz książkę, przesuwasz dłonią po okładce, patrzysz na nią jeszcze raz i wiesz, że nawet jeśli nigdy już do niej nie wrócisz, zostanie w Tobie to coś. To nieuchwytne i nienazwane coś, które zamieszka w sercu i wspomnieniach i sprawi, że jakiś aspekt tego świata będzie widziany już inaczej.
Od kiedy nauczyłam się czytać, miewałam flirty i zauroczenia pisarzami. Ale prawdziwych miłości było zaledwie kilka i to, co najpiękniejsze to fakt, że będą kolejne. Ale każdy wie, jak jest z miłością – przychodzi, kiedy chce. Aranżowane randki w ciemno nie zawsze przynoszą oczekiwane efekty i kiedy ktoś mówi musisz to przeczytać, to nie zawsze skończy się to bezsenną nocą i wypiekami na twarzy.

Po raz pierwszy zakochałam się w rozkładanej Złotowłosej i Trzech Niedźwiadkach. To było w latach osiemdziesiątych, miałam kilka lat i jedną taką książkę, gdzie niedźwiedzie szły do lasu, a Złotowłosa próbowała ich owsianki. Tylko ja wiem, ile razy szukałam właśnie tego wydania na internetowych aukcjach i w antykwariatach. Nie udało się. Ta książka sprawiła, że zaczęłam śnić wyczytane historie, przeżywać je na swój sposób. Odkryłam, że za fasadą z papieru, kryje się nieprawdopodobny świat, w którym jest miejsce na wszystko.

Druga miłość nazywała się Spóźnieni Kochankowie Williama Whartona i kończyłam ją czytać siedząc na brzegu wanny o czwartej nad ranem. Zalana łzami, z nogami w zimnej wodzie. Miałam jakieś piętnaście lat i do dziś pamiętam fragmenty. Wiedziona sentymentem wróciłam do tej książki po latach, ale cóż, to zdecydowanie nie było to samo. Liczy się jednak pierwsze wrażenie. Nie drugie, trzecie czy piąte.

Trzeci był Henry Miller. Spijałam jego słowa jak nektar. Ciężkimi książkami wypełniałam plecak, czytałam w autobusie i na poczcie. Ołówkiem gryzmoliłam na marginesach swoje wrażenia, zaznaczałam fragmenty, jak ten o tym, że Koniec to królik wylizujący światło księżyca z trotuaru. Po pierwszej czy drugiej powieści wydzwaniałam do wydawnictwa z pytaniem kiedy będą następne.
Jego książki do dziś stoją na półce z ulubionymi. I wracam do nich, kiedy mogę, wciąż z nich nie wyrosłam.

Czwarty, a może drugi, dokładnie nie pamiętam, był Bruno Schulz i jego Sklepy Cynamonowe. Uważam, że to najbardziej magiczna ze wszystkich polskich książek. Jest tam wszystko – zapach cynamonu, smak wody wypijanej z pudełka po landrynkach, znikający świat i śnieg. Dużo śniegu prószącego nocą na tle latarni.

Piąta była Frances Mayes i jej Pod słońcem Toskanii, ale o tym już wiecie, bo pisałam na ten temat często i wylewnie, na przykład tutaj. Ta książka nauczyła mnie chłonąć mikrokosmos podróży – zapamiętywać smak pomidora z targu przed kościołem, patrzeć, czy księżyc świeci tak jak ten za moim oknem i słuchać, co mówi o Bońku włoski staruszek, kiedy próbuję wytłumaczyć mu, że chcę kupić kubek do spieniania mleka.

Te pięć to wierzchołek góry lodowej…

Mam dla Was propozycję.
Ostatnio, kiedy poprosiłam Was o napisanie o prezentach świątecznych, które przyniosły Wam najwięcej radości, otrzymałam wiele pięknych i wzruszających historii, które poruszyły nie tylko mnie, ale też czytelników tego bloga. Wciąż do nich wracam, analizuję słowa, sytuacje, chłonę je i się nimi cieszę.
Pomyślałam, że może są wśród Was tacy, którzy podzielą się też historiami na temat przeczytanych książek, które Was zmieniły. Chodzi właśnie o ten błysk, to „coś”, o którym dzisiaj napisałam. To nie musi być pięć książek. Może być jedna.
Tak różne rzeczy potrafią nas ująć.

I tym razem przygotowałam niespodzianki w postaci 3 noży do pizzy KitchenAid.
Spośród wszystkich komentarzy opublikowanych pod dzisiejszym postem, wybiorę trzy i ich autorom wyślę noże.
Na komentarze czekam tym razem do poniedziałku, do godziny 24.

Miłej zabawy.
Pozdrawiam ciepło!

W Pracowni Wypieków przygotowałam dziś pszenno-orkiszowe bułki.

103 komentarze
Poprzedni
rp_brownie_MG_5413.jpg
Następny
rp_makaronIMG_6678.jpg