Pamiątki z poczty i opowieść o tabliczce czekolady

Moja poczta mieści się w budynku, gdzie dawno temu była stacja kolejowa. Jej klimat sprawia, że obniża mi się poziom adrenaliny, podniesiony za każdym razem, kiedy mam stanąć w kolejce po odbiór czegoś. Ten dreszczyk emocji: mandat za złe parkowanie? List z nową, genialną ofertą kredytów z banku? A może niespodziewany spadek po ciotce z Ameryki, o której istnieniu nie miałam pojęcia? Ha! Chciałabyś!
Kiedy tak stoję w kolejce, przestępując z nogi na nogę, zerkając w stronę staruszki o kulach, która usadowiona na pocztowej kanapie pilnuje, by nikt nie przedarł się do okienka poza kolejnością, oddaję się mojemu hobby, jakim jest podziwianie pocztowej oferty. Dziś w sprzedaży mają między innymi parasole po 19 i 21 zł, lampy solne po 78, wybór zniczy. Jest wprawdzie uboga oferta kopert, po co komu koperty w dobie internetu, ale jest za to, uwaga, promocja! – krem do stóp za 17,60.
Duży wybór plastikowych grzebieni, szampon, kolorowanki rodem z lat siedemdziesiątych, brak pocztówek ze zwierzętami.
Ciekawa jestem, jak jest na Waszych pocztach? Ciekawi mnie, czy jest jakiś klucz, według którego dobiera się ten asortyment.
Czasem obserwując to, czuję się jak w filmach Barei.

Proszę! woła pani, budząc mnie ze stanu zawieszenia pomiędzy marzeniami o kremie do stóp a lampą solną.
I czeka mnie niespodzianka, bowiem tym razem to nie mandat, a paczka, która będzie mnie wabiła przez najbliższe godziny jazdy samochodem.

Lubicie kibicować?
Ja bardzo. Lubię kibicować nowym przedsięwzięciom, odważnym i pomysłowym ludziom, małym sklepikom, pomysłom i marzeniom.
Kiedy otworzyłam swoją paczkę i zaczęłam rozwijać z folii i kartek w kratkę tabliczki czekolady, czułam się jak Robinson Crusoe. Oto się coś narodziło. Spakowane później ręcznie, a nie przez maszynę, zawinięte i sklejone.

Steve Jobs, twórca Apple i mój guru twierdzi, że wszystko jest ważne. Odpakowywanie to taka sama emocja, jak używanie po raz pierwszy iPoda czy jedzenie, hmn, jakiegoś niezłego afrodyzjaka, dajmy na to.
A więc, kiedy siadam sobie na kanapie i rozpakowuję tabliczki z datą produkcji sprzed tygodnia, moja przyjemność rośnie.

Czekolada, którą otwieram, pochodzi z niewielkiej Manufaktury Czekolady założonej przez dwóch przyjaciół ze szkolnej ławy. Pierwsza rzecz, która odróżnia te czekolady to zapach – intensywny, trochę jak dżungla, wiosna, zapach tulipanów.
Ujęła mnie miazga kakaowa – czysty produkt, który jest idealny do pieczenia czy gotowania. Wykorzystałam go do dzisiejszego wypieku.
Smakowały mi czekolady (4 smaki) – szczególnie przypadła mi do gustu gorzka czekolada z płatkami soli. I o ile nie zjadam zwykle słodyczy na raz, tym razem po prostu nie mogłam się powstrzymać. Firma jest malutka, ma w swojej ofercie kilka smaków i pracuje nad kolejnymi. W dobie produktów o niemal nigdy nie kończącej się przydatności do spożycia, możliwość spróbowania czekolady, którą należy zjeść w ciągu 30 dni od daty produkcji, jest czymś niezwykle kuszącym.
I naprawdę jeśli mam zjeść kilogram taniej, bylejakiej czekolady z hipermarketu, wybieram małą, choć droższą tabliczkę.

Kiedyś jadłam czekoladki innej polskiej firmy, dziś ze smutkiem patrzę jak wysychają w kawiarni. Mam nadzieję, że Manufaktura będzie trzymała jakość i rozwijała się. Jak Willie albo Paul A. Young.

Tymczasem przedstawiam kolejny przepis genialnego Paula A. Younga, brytyjskiego czekoladnika, który odkrywa przed nami nowy wymiar czekoladowego świata. Intensywnie czekoladowe babeczki dla wszystkich, którzy tak jak ja, lubią czekoladowy fondant – chrupiącą babeczkę z płynącym środkiem.
Babki, które dzisiaj prezentuję, w smaku przypominają bardziej brownies, choć dzięki cukrowemu syropowi z dodatkiem chilli, cynamonu i gałki muszkatołowej, mają niezwykle intensywny smak. Są wytrawne i intensywne. Mogą nie przypaść do gustu komuś, kto od gorzkiej, woli mleczną czekoladę.

Przepis przystosowałam do polskich realiów – póki co, nie dostaniemy jeszcze w naszych sklepach ziaren kakaowca czy cocoa nibs – prażonych ziaren kakaowca, oddzielonych od skorupek, które stanowią kwintesencję czekolady. Zamiast nich można wykorzystać prażone orzechy lub gorzką czekoladę startą na tarce. Ja wykorzystałam miazgę kakaową z Manufaktury Czekolady. Miazga taka nie zawiera cukru, smakuje trochę jak kakao.

W tym przepisie ważne jest zastosowanie dwóch rodzajów cukru – ciemnego muscovado i złotego cukru trzcinowego. Oba rodzaje cukru kupuję w sklepach Auchan (na półce przy zwykłym cukrze). Zwłaszcza ciemny muscovado nadaje wypiekom specyficznego smaku i aromatu.

Czekoladowe babeczki z korzennym syropem
12 sztuk wielkości muffinów

110 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
65 g kakao, ciemnego
1/2 łyżeczki soli morskiej
185 g miękkiego masła
225 g cukru trzcinowego muscovado (to ciemny cukier)
85 ml śmietany kremówki (nie miałam, zastąpiłam ją serem mascarpone)
2 jajka
50 g gorzkiej czekolady, startej na tarce (najlepiej czekolady 70-90%)

Syrop korzenny:
100 g nierafinowanego cukru trzcinowego złocistego
100 g wody
1/4 łyżeczki tartej gałki muszkatołowej
1/2 laski cynamonu, złamanej na pół
1/8 chilli w proszku

Syrop:
Wszystkie składniki umieścic w garnuszku. zagotować, zmniejszyć ogień i gotować 5 minut. Zdjąć z ognia i odstawić na ok. 15 minut.

W misce połączyć: mąkę, kakao, sól i masło. Rozetrzeć aż powstaną okruchy. Dodać cukier i wymieszać.
Śmietanę wymieszać z jajkami i 85 ml wody. Dodać do masy, połączyć (można też zmiksować, masa jest początkowo dość zbita).

Piekarnik nagrzać do 180 st C.

Formę do muffinów wyłożyć papilotkami lub pergaminem pociętym na kwadraty o szerokości 15 cm.
Wypełniać je masą do 3/4 wysokości. Wierzch obsypać gorzką czekoladą startą na tarce.
Wstawić do piekarnika i piec ok. 30 minut (autor radzi piec 12-17 minut, moje muffiny piekły się 30).
Po upieczeniu lekko przestudzić i jeszcze ciepłe polewać syropem korzennym. Odstawić do ostygnięcia.

Smacznego!

30 komentarzy
Poprzedni
rp_bookIMG_7554.jpg
Następny
rp_makIMG_7465.jpg