O książkach, które miały w sobie coś


Trudno być recenzentem, jakimś sędzią, który wybiera świetne spośród świetnych.
Może jest tak, że w pewne rzeczy trzeba się po prostu zanurzyć, pozwolić sobie na brak wyboru. Moi znajomi pytają mnie: wybrałaś już komentarze? Nie, nie, nie. Najchętniej odłożyłabym to na nieokreślone jutro i poukładała w szufladach. (z marzeniami)
Więc chcę napisać po prostu, że moja lista książek wydłużyła się o kolejne sto tytułów. Mam nadzieję, że nie tylko moja lista.
Chciałabym Wam podziękować za tyle komentarzy.
Uświadomiły mi one po raz kolejny, jak ważni dla mnie jesteście. Kiedyś pisałam bloga dla siebie, robiąc swoje, nie licząc na jakiś odzew. Z czasem okazało się, że blog stał się też pretekstem do rozmowy nie tylko o makaronie.
Kiedy czytam te wszystkie opowieści, czuję przede wszystkim radość i wzruszenie. A dzięki nim budzi się świadomość, że w zabieganiu, śniegowych zaspach, kłopotach dnia codziennego, ukryci w zimowych płaszczach, są wrażliwi ludzie – Wy. Dziękuję Wam za to.

Nie ukrywam – miałam problem z wyborem komentarzy. Mówiąc szczerze, najchętniej w ogóle bym nie wybierała, bo okazuje się to niezwykle trudnym zadaniem. Ale jeśli mogę choć kilku osobom sprawić przyjemność i wysłać coś, co być może się przyda, to są to autorki następujących komentarzy:

alicja pisze…

Na początku były baśnie braci Grimm. Nim nauczyłam się rozróżniać i składać w całość litery, czytała mi je babcia „do poduszki”, przysypiając co kilkanaście zdań. A ja, szturchając ją co chwila w ramię („nie śpij!”), próbowałam wrócić do zaczarowanej krainy i dowiedzieć się, czy Śnieżka się wybudziła a Śpiąca Królewna obudziła, i czy naprawdę Dzielny Krawczyk zabił siedem much naraz.
Później, gdy poznałam moc liter, lecz znaki interpunkcyjne nadal były dla mnie pełne tajemnic, powróciłam do baśni z kolorowymi flamastrami w rękach. Przecinek zielony, kropka czerwona, wykrzyknik fioletowy. Wszystkie z pasją zaznaczyłam. Pewnie dlatego kiedyś poszłam na polonistykę, choć już bez pisaków, a z wysłużonym Parkerem.

A potem nadeszły filmy – i prawdopodobnie dlatego trafiłam na filmoznawstwo. A za filmami ponownie stąpały słowa. Dlaczego Cathy nie wybrała Heatcliffa, który na pewno wyglądał jak posępny Ralph Fiennes? Tak, „Wichrowe Wzgórza” pokazały mi, jak może wyglądać prawdziwa miłość. Nauczyły mnie także, że taka miłość istnieje tylko na kartach powieści. Bolało.

I znów film, który podpierała wiernie książka. To rzadkość, żeby film był tak samo dobry, jak pierwowzór. „Godziny” spędzone z Michaelem Cunninghamem były za krótkie. Jego słowa były doskonałe, ułożone w nadzwyczajne struktury. Powtarzałam je na głos – nie po to, żeby zrozumieć, lecz aby poczuć ich konsystencję. Była ciężka i mokra, jak sernik. Rozsmakowałam się w słowach.

folklorique pisze…
Pierwszą rzeczą, którą robię po otwarciu książki, jest powąchanie jej. Odruch, uzależnienie, celebracja. Nie wiem nawet, jak to określić.
Nowe pachną oczywiście świeżym drukiem, nowością, o tyle przyjemną, o ile przerażającą – książka bez historii, plam po herbacie, kartek zmarszczonych przez czytanie w wannie, dotykana po raz pierwszy. Te pożyczane niosą ze sobą zwykle zapach czyjegoś domu, czyjąś cząstkę, którą możemy zabrać ze sobą. Czy istnieje zapach, który byłby bardziej złożony?

Pierwszą książką, która przyszła mi na myśl, to ‚Pacjenci’ Thorwalda. Po części dokumentalna, po części historyczna. Geniusz Thorwalda polega na tym, że jego rekonstrukcje wydarzeń czyta się, jak najlepszą powieść – z zapartym tchem i do białego rana. Pionierskie tranplantacje, karkołomne operacje, kamienie milowe medycyny.
Ten świat mnie pochłonął. Czytanie o tym, jak rozwijała się medycyna było fascynujące i ekscytujące. Chciałam być, jak ci lekarze. Mieć te możliwości i umiejętności, przeć do przodu, walczyć o ludzkie życie. Jakkolwiek górnolotnie to brzmi. Ale magią tej książki było właśnie to, że ukazywała proces dokonywania rzeczy, które wydawały się na początku niewykonalne, przez co czytelnik zostaje natchniony wiarą, że pewne granice da się przeskoczyć.
A dzisiaj? Coż.. Mogę dumnie oświadczyć, że jestem studentką medycyny! 🙂

Drugą natomiast jest ‚Pornografia’ Gombrowicza. Dla mnie to powieść absolutna. Zmieniła mój sposób patrzenia na otaczającą rzeczywistość. Pozwoliła dostrzegać metafizykę, symbole i zmysłowość w rzeczach, które z pozoru nic nie znaczą. Ujawniła niejednoznaczność, różnorodność percepcji. Nauczyła, że bliskość, taką całkowitą, wręcz erotyczną, można odnaleźć w wydarzeniach, które dla postronnego obserwatora nie znaczą aboslutnie nic. Dla bohaterów jego powieści był tym akt ‚mordowania’ robaka, dla mnie – ratowanie pewnego świeżo malowanego taboretu. 🙂 Gombrowicz, po prostu Gombrowicz. Ciężka lektura, ale niesamowita i niepowtarzalna w przekazie.

Jestem wyjątkowo ciekawa, jak bardzo wydłużą się listy ‚książek do przeczytania’ po zapoznaniu się z odpowiedziami na zadane przez Ciebie pytanie, Lisko.
Moja własna wydłużyła się już o 4 pozycje. 😉

Pozdrawiam!

KasiaB pisze…

Tyle pięknych słów już przeczytałam powyżej, że moja historia pewnie wyda się…romansidłem. Ale, mimo wszystko…
Książką, która zmieniła moje życie była „Samotność w sieci” Janusza L. Wiśniewskiego. Ale – zanim w ogóle o niej usłyszałam, na portalu internetowym poznałam chłopaka. Mejle, rozmowy na GG, któż z nas tego nie przeżył 🙂 Spotykaliśmy się i … właściwie tyle (dzisiaj to mogę powiedzieć). Kilka miesięcy później pojechałam z koleżanką na wakacje. Postanowiłyśmy, że będziemy czytać tą samą książkę i na bieżąco wymieniać spostrzeżenia. Tą książką była właśnie „Samotność w sieci”. Do dziś pamiętam jak leżałyśmy na pięknej, pełnej słońca plaży i … płakałyśmy jak bobry nad historią Jennifer. Wtedy na tej plaży dotarło do mnie, że oto w moim życiu dzieje się właśnie coś tak cudownego jak w „Samotności w sieci”. Czytałam książkę Wiśniewskiego tak, jakbym czytała o własnym życiu. Wróciłam do domu i cóż… okazało się, że to, co tak mocno przeżyłam czytając „Samotność w sieci”, pozostało na papierze i wydarzyło się tylko i wyłącznie między Jakubem i Nią. Było mi ciężko i na jakiś czas zamknęłam się zupełnie na świat zewnętrzny.
Po pewnym czasie okazało się jednak, że na tym świecie nie jest tak źle i ktoś nawet na mnie cierpliwie czeka.
Dziś „Samotność w sieci” (w 2 egzemplarzach) stoi na półce w naszym domu. Ja sięgnęłam do niej ponownie kilka miesiecy temu, ale poza przyjemnością czytania nie odnalazłam już tych dawnych wzruszeń. To już chyba nie ten etap życia… choć wspomnienia pozostały. Nigdy wcześniej, ani później nie przeżyłam tak bardzo zetknięcia ze słowem.

I jeszcze jedna, dodatkowa osoba, której wyślę niespodziankę. Za Anais Nin:

Dot pisze…
Nauczyłam się czytać mając trzy lata, więc nie pamiętam siebie bez tej umiejętności. Pierwszym wielkim przeżyciem było odkrycie szkolnej biblioteki (czy też raczej biblioteczki, bo książek w małej wiejskiej szkole nie było aż tak wiele) która wydawała mi się wtedy rajem – dziesiątki książek na półkach… Czytałam wszystko co wpadło mi w ręce, każdy rodzaj, autor, ważne żeby słowo pisane.

Do dziś wchodzę do księgarni po to by dotykać, wąchać i słuchać szelestu kartek. Mam mniej czasu wolnego, więc staranniej dobieram lektury (już nie skusiłabym się na lato spędzone w towarzystwie powiastek z serii Harlequin jak wtedy gdy miałam 14 lat…) ale są też książki do których wracam bo inaczej nie potrafię, bo one stworzyły mnie po części taką jaką jestem teraz:

– wywalczone zawzięcie na Allegro wspomnienie z dzieciństwa „Bracia Lwie Serce”, płakałam czytając ją mając lat 7 i potem mając lat 22, pewne rzeczy jak widać nie zmieniają się nigdy.

– saga wiedźmińska Andrzeja Sapkowskiego. Pierwszy raz czytałam ją w liceum, wręczył mi ją przyjaciel ze słowami że dla niego to ważne i… utonęłam. To fantasy najwyższej próby (mówimy tu o moim zdaniu), mówiące wiele o poszukiwaniu siebie i walce ze sobą, o tym by dążyć do celu a także o tym, kiedy się poddać. Co zabawne nigdy jej nie kupiłam, korzystałam ze starych bibliotecznych wydań w moim miasteczku uśmiechając się do kolejnych notatek na marginesie… A miarą mojej miłości jest to, że ujrzawszy w księgarni wydanie niemieckie – kupiłam i przeczytałam.

– Wilk Stepowy, także wręczony przez przyjaciela, towarzyszył mi w depresji, za każdym razem gdy było ciężko. Nauczył mnie nie myśleć poważnie o wyjściach awaryjnych…

– Dziennik Anais Nin – tak dużo wiem z niego o szczerości wobec samej siebie…

I mam jeszcze jednego „ulubieńca”, to Ulisses James’a Joyce’a. Zabierałam się do tej książki już ponad 10 razy i do tej pory nie potrafię jej skończyć… To wiele mówi mi o moim charakterze, o tym jak uparta jestem i za jak inteligentną chciałabym siebie uważać…

pozdrawiam serdecznie 🙂

* * *

Dziewczyny, proszę, podajcie mi namiar do wysyłki na maila: whiteplate5(małpa)gmail.com.
Na maile czekam przez najbliższe dwa tygodnie.

Pozdrawiam wszystkich i dziękuję bardzo za udział w rozmowie o książkach:)

6 komentarzy
Poprzedni
rp_cafeIMG_7244.jpg
Następny
rp_chocoIMG_7846.jpg