O książkach dla dzieci. Na co dzień i od święta.

W moim domu są setki książek dla dzieci, a powód posiadania takiej ilości jest prozaiczny:
Książki dla dzieci to moja kolejna po literaturze kulinarnej, słabość.

Kiedy byłam mała, z niecierpliwością czekałam na Mamę, która wracając z pracy przynosiła mi książki. To chyba wtedy zaszczepiła we mnie miłość do słowa drukowanego. Choć wiem, że świat idzie naprzód i coraz więcej ludzi zachwala elektroniczne książki, dla mnie nie ma nic bardziej przyjemnego niż pójście do księgarni, wybranie lektury i zatapianie się w jej zapach i treść. Lubię czytać na dworcu, w głośnej kawiarni, w samochodzie i kiedy stoję w korku. Nie przeszkadza mi hałas. Od kiedy mam bardzo gadatliwą córkę, nauczyłam się czytać między jej licznymi opowieściami.
Na początku kupowałam z myślą o dziecku. Później doszłam do wniosku, że kupuję również dla siebie. Uzupełniam luki z dzieciństwa, w które mogłam wpisać wówczas mniej niż chciałam. Kiedyś Sophie Marceau powiedziała, że wspaniale jest mieć dziecko, ponieważ jego posiadanie jest pretekstem do tego, by samemu się uczyć i poznawać to, na co nie miało się wcześniej czasu (albo ochoty).
I tak nikt nie zdziwi się, kiedy kupię globus i postawię go na kuchennym stole.
Ani kiedy przyniosę książkę o origami.
Dwa opakowania gliny.
Zestaw mini-filiżanek z kompletem farb do malowania po szkle.
Ale najwięcej ze wszystkiego, przynoszę do domu książek dla dzieci.

Niedaleko naszego domu jest księgarnia dziecięca. Kiedy chodzę tam, by zapaść się w jednym z wielkich foteli, a na stoliku obok piętrzy się stos książek, z których co najmniej połowa warta jest kupienia, marzę o tym, by stać się mała jak elf, przycupnąć na jednej z półek i niezauważona poczekać na koniec dnia, kiedy drzwi zostaną zamknięte na klucz. A wtedy nadejdzie noc, a ja będę mieć czas do rana, by czytać, czytać, czytać.
Mylą się ci, którym się wydaje, że pisanie dla dzieci to pestka. Myślę, że najpoczytniejsi autorzy literatury dziecięcej mieli w sobie wiele mądrości i dojrzałości, dzięki której potrafili opisać świat w sposób, który zrozumie i zainteresuje dziecko.
Współcześnie pisane książeczki dla dzieci niosą ze sobą zbyt wiele mędrkowania, częstochowskich rymów, koniecznie chcą czegoś uczyć, podają na tacy morały. Ja lubię czytać dla czytania, dla przyjemności, dla chwili, w której można popuścić wodze fantazji i pozwolić wyobraźni pracować na najwyższych obrotach.
Nawet najlepszą książkę może zepsuć fatalny przekład. Ile już miałam w rękach książek, pięknie wydanych, ambitnych, zepsutych przez kiepskie tłumaczenie. Jednym z przykładów jest seria literatury Roalda Dahla, autora między innymi “Matyldy”, “Charliego i Fabryki czekolady”.

Od pięciu lat staram się podążać za tym, co pojawia się na półkach naszych księgarni. Dziś, trochę z okazji nadchodzących świąt, a trochę z powodu chęci zanotowania tego, co mnie ujęło, postanowiłam podzielić się z Wami subiektywną listą kilku dziecięcych książek, po które z przyjemnością sięgnęłam w tym roku. Może kogoś z Was zainspiruje ta lista podczas świątecznych zakupów?
Moja córka ma dopiero pięć lat. Zatem niektóre z lektur zaczynamy czytać razem, a potem kończę je sama (bo żal mi się z nimi rozstać) odkładając je dla niej na później.

Pluk z wieżyczki
Annie M.G. Schmidt
cena ok. 50 pln

Zanim kupię książkę, lubię poczytać o jej autorze. Annie M.G. Schmidt jest dla mnie drugą Astrid Lindgren, zresztą z jej rąk odbierała nawet nagrodę za swoją twórczość. Początkowo pracowała w czytelni, później w gazecie amsterdamskiej, gdzie ukazywały się jej dowcipne wierszyki dla dzieci. Kiedy podjęła współpracę z rysowniczką Fiep Westendorp, zaczęły razem tworzyć komiksy. Pluk, jej najbardziej znana książka, powstał, kiedy miała sześćdziesiąt lat, czyli pewnie mniej więcej tyle, ile mają ukochane babcie, które potrafią opowiadać najwspanialsze bajki.
Moja córka, kiedy jej powiedziałam, że piszę o najfajniejszych książkach dla dzieci poprosiła, by napisać, że Pluk jest najlepszą ze wszystkich.
Na czym polega jego fenomen? To historia chłopca o imieniu Pluk, który jeździ dźwigiem i pewnego dnia wprowadza się do wieżyczki domu. Skąd się wziął i kim są jego rodzice, niewiadomo. Wiadomo jednak, że w tym samym domu mieszkają pani Czyścicka, która bez przerwy sprząta, pan Tupalski, samotnie wychowujący sześciu synów.
W książce występują jeszcze takie postaci jak dyrektor muzeum ornitologicznego, pan Ociężalski, ptaki: mewa Karol z drewnianą nogą, gołębica Gruba Gercia, karaluch Zaza i jeszcze wielu innych charakterystycznych bohaterów.
Pluk wprowadza się do Wieżyczkowca i powoli zdobywa kolejnych przyjaciół, którzy wspólnie postanawiają uratować ogród Turkawek, pokonując po drodze wiele przeszkód.
To, co mnie urzekło, to bezpretensjonalność tej historii, normalny język, przygody – niby da dorosłego nierzeczywiste, ale w oczach dziecka jak najbardziej realne i zapierające dech w piersiach. Ogromne brawa dla tłumaczki polskiego wydania, Joanny Boryckiej-Zakrzewskiej, która zrobiła go naprawdę koncertowo.
Codziennie przed snem czytałyśmy jeden odcinek, by starczyło na dłużej…
Mamy też inne książki tej autorki. W tym roku jednak Pluk zajął zasłużone pierwsze miejsce.

Tydzień pełen sobót
Paul Maar
cena: 17-20 pln

Z przyjemnością czytam książki o niestworzonych historiach, gdzie nie ma wytłumaczenia, jak to możliwe, że ktoś taki istnieje albo coś takiego ma miejsce. Bardzo lubię ten margines dla dziecięcej wyobraźni, w którym można sobie dowolnie zinterpretować daną rzecz, dopowiedzieć historię i spróbować odgadnąć, jak to się stało.
W Tygodniu pełnym sobót, główny bohater, pan Piwko, znajduje na ulicy piegowatego człowieczka, z dziwnym ryjkiem, w bliżej nieokreślonym wieku i postanawia się nim zaopiekować.
Bohater nie lubi swojej pracy, ani szefa, który w obawie przed włamywaczami tak ukrywa klucz do biura, że najczęściej sam nie potrafi go znaleźć.
Pan Piwko nie od razu orientuje się, że jego nowy przyjaciel (a raczej synek o imieniu Sobek, jak każe na siebie mówić), spełnia wypowiedziane przez niego życzenia i rozwiązuje przy okazji problemy ze wścibską właścicielką wynajmowanego przez nich pokoju, robiąc przy tym wiele dowcipów i żartów.
Ten, kto zna Karlssona z dachu (kocham Karlssona!), w tej książce znajdzie wiele podobieństw do tamtego bohatera stworzonego przez Astrid Lindgren.
Jeśli kiedykolwiek marzyłeś o tym, żeby wydarzyło się coś, dzięki czemu nie będziesz musiał iść do pracy i chcesz wierzyć, że na świecie istnieją istoty spełniające wszystkie życzenia, sięgnij po tę książeczkę.
Paul Maar napisał pięć książek o przygodach Sobka (prosimy o ich tłumaczenie!), a trzy z nich sfilmowano. Bardzo chciałabym je zobaczyć.

Czekoladki dla sąsiadki
Dorota Gellner
cena ok. 20 pln

Bardzo chętnie sięgam po rymowane wierszyki dla dzieci, ale nie ma nikogo wśród współczesnych pisarzy, kto pisałby tak, że nie mogłabym się od tego oderwać. Niestety, moim zdaniem, Brzechwa czy Tuwim, wciąż pozostają na literackim piedestale i nie ma dziś nikogo, kto przynajmniej próbowałby dorównać ich kunsztowi.
Czekoladki dla sąsiadki nie są może wybitne, ale są… fajne. Ciekawie zrymowane, ładnie zilustrowane, dowcipne. O rany, musiałam je przeczytać pewnie ze sto razy, bo moje dziecko się tego domagało…

Seria o Mikołajku
Rene Goscinny, Jean-Jacques Sempe
Cena: 28-36 pln

Z Mikołajkiem było tak. Długo się przed nim wzbraniałam, bo jak wszyscy mówią, że coś jest świetne, jest bestsellerem i w ogóle “trzeba”, to jestem ostatnią osobą, która go kupi. Lubię, kiedy szał wokół danego dzieła nieco ostygnie i wówczas sięgam po niego na spokojnie. Wprawdzie moda na Mikołajka jest od lat pięćdziesiątych, ale gorączka wokół niego powstała ostatnio, kiedy z plakatów na przystanku i głośników w Empiku atakują nas okładki i fragmenty historyjki napisanej i zilustrowanej przez duet Goscinny/Sempe.
Moja córka zachwyciła się nim od razu – czytałyśmy codziennie fragment którejś z książek, a w samochodzie słuchałyśmy niezwykle udanych interpretacji Macieja i Jerzego Stuhrów. Początkowo i mi udzieliło się mikołajkowe oczarowanie, jednak po pewnym czasie poczułam się znużona kwestiami “I wtedy się rozpłakałem”, “I wtedy mama się rozpłakała” , “Alcest to mój kolega, który dużo je” oraz niekończącymi się kłótniami między sąsiadami i kolegami.
Mikołajkowi w małej ilości mówię zdecydowane tak, bo to historyjki zabawne, trafnie podsumowujące zachowania dorosłych widziane oczami dziecka. Przypominające, jak to było w czasach, kiedy kupowało się dziecku buty wtedy, kiedy zniszczyło stare, jak żyło się w świecie bez telewizora i w grze pozorów. Nie jest to jednak lektura (przynajmniej dla mnie), którą można czytać od rana do wieczora, pędząc do księgarni po kolejny tom, bo właśnie skończyliśmy poprzedni dziś rano.

Fistaszki zebrane 1953-1954
Charles M. Schultz
cena ok. 56 pln

Fistaszki kupiłam oczywiście dla siebie, sentymentalnie sięgając pamięcią wstecz do czasów, kiedy Mama kupowała mi Wesołe Minutki (czy coś takiego), gdzie były drukowane fragmenty o psie Snoopym i jego przyjaciołach.
Po pierwsze zachwyciło mnie, nie waham się użyć tego słowa, niezwykle staranne wydanie tej książki, począwszy znakomitego przekładu Michała Rusinka (którego nazwisko jest reklamą samą w sobie, bo człowiek ma dystans do siebie i do świata, potrafi świetnie pisać i tak samo tłumaczyć, a przy okazji jest zabawny), poprzez papier, druk, oprawę. Jednym słowem, sięgając po tę książkę wiedziałam, że dwadzieścia lat temu była świetna, dziś jest świetna i za jakiś czas, kiedy moja pięciolatka będzie gotowa do tego, by zrozumieć subtelny humor autora, również znajdzie swoich wiernych czytelników. Jednak okazało się, że proste historyjki rozumie nawet dziecko i jest w stanie się przy nich nieźle bawić, udając, że czyta i męcząc rodzica, by po raz setny wypowiadał kwestie: Hau? Mniam mniam! Hau?! Mniam… Hau!!! Te historyjki są po prostu ponadczasowe i ten, kto nigdy nie miał do czynienia z Fistaszkami, powinien choć zajrzeć do tego zbioru i poświęcić mu dziesięć minut. Gwarantuję, że uśmiech murowany!

Afryka Kazika
Łukasz Wierzbicki
cena: ok. 30 pln

Tę książkę, podobnie jak Pluka, poleciła mi mama przyjaciela mojej córki, który jest również pięciolatkiem. Uważam, że Afryka Kazika jest idealnym wstępem do poznania literatury podróżniczej, jest jak wrota, przez które warto przeprowadzić dziecko, by w tego typu książkach umiało odnaleźć radośc podróżowania i ciekawość świata. Ucieszyłam się, bo jej autor jest Polakiem i o Afryce i Ryszardzie Kapuścińskim, którego można spotkać w tej książce, potrafi napisać fantastycznie i interesująco uwzględniając wrażliwość małego czytelnika.
W Afryce Kazika znajdziemy opowiadania dla dzieci napisane na podstawie reportaży Kazimierza Nowaka, który w latach trzydziestych XX wieku przemierzył Afrykę na rowerze. Są to spotkania z mieszkańcami Afryki – ludźmi i zwierzętami, okraszone prawdziwymi zdjęciami i mapą kontynentu z zaznaczoną trasą, którą pokonał podróżnik.

28 komentarzy
Poprzedni
rp_orzechowiec-m_MG_1644.jpg
Następny
rp_rolada_MG_1450.jpg