Ulubione lektury: Tanie polskie książki. Część 1.


Dziękuję Wam bardzo za to, że podzieliliście się ze mną opiniami na temat swoich ulubionych książek kucharskich.
Te, które ja lubię, należą do tak wielu kategorii, że trudno zamknąć je w jednej grupie.
Ostatnio wydzieliłam na półce z książkami jedną, na te najbardziej ulubione. Ale do tych, które są wciąż numerem jeden, dokładałam kolejne i kolejne i w końcu zabrakło na nie miejsca.

Postanowiłam się dzisiaj skupić na książkach wydanych w Polsce – o wiele łatwiej jest mi bowiem wskazać moich obcojęzycznych faworytów z prostego powodu – mam ich po prostu więcej, są bardziej zróżnicowane i z całą pewnością mogę więcej od nich oczekiwać.
To mój konik, mam na jego temat wiele do powiedzenia. Skupię się dziś na kilku książkach całkowicie polskich, a oprócz tego tanich. Oczywiście, można w antykwariacie kupić i książkę za 3 zł i z niej gotować, ja jednak chcę pokazać te, które moim zdaniem łączą ciekawą treść i przystępną cenę.

Na rynek polskich książek kucharskich patrzę trochę jak na poczynania pierwszoklasisty, który stawia pierwsze litery (teoretycznie, bo przecież większość dzieci trenuje pisanie już w przedszkolu).
A więc – mam wprawdzie nadzieje i oczekiwania, ale nie chcę być zbyt krytyczna, ponieważ wierzę, że może być lepiej.
Bardzo się ucieszyłam, kiedy na polskim rynku pojawiły się pierwsze Nigelle, pierwsze Gordony i Oliviery – życie stało się prostsze, a nasze okno na kulinarny świat nieco się uchyliło. Mogliśmy zobaczyć, jak gotują inni, którzy dzięki swojej pracy zdobyli rzesze zwolenników i naśladowców.

W polskich książkach nie szukam jednak polskich Nigell czy Gordonów. Szukam czegoś, co będzie bliskie naszym polskim smakom, które niekoniecznie kojarzą mi się ze schabowym i kompotem. Szukam pomysłu, pasji, jakiegoś poświęcenia (bo pisanie książek jest rodzajem oddania). Lubię książki, które są nietypowe, inne, niepowtarzalne. Chętnie sięgam po takie, po których widać, że ktoś wydał je własnym kosztem, dzięki czemu nie musiał iść na wszystkie kompromisy, które narzuciłby mu duży wydawca. Wadą takich publikacji jest jednak często wyjątkowo słaba jakość zdjęć, która nie zachęca, a odstrasza. I nie chodzi mi tu o specjalne stylizacje – wystarczy bowiem dobre światło, prosty talerz i jedzenie, które nie udaje apetycznego, ale w rzeczywistości takie jest.
Mam jednak kilka książek, gdzie zdjęcia są albo kompletnie abstrakcyjne albo żadne albo paskudne, a i tak zaglądam do przepisów, lubię je i czuję inspirację za każdym razem, kiedy je czytam.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam książkę Taste, nie spodobała mi się właśnie z powodu dziwacznych (jak wtedy uważałam), zdjęć. Ponieważ nie są to fotografie pod tytułem: Zjedz mnie! Ugotuj mnie! To bardziej abstrakcyjne obrazy, czasem wręcz odbierające apetyt. Ale kiedy kilka lat później, podczas jakiejś wyjątkowo nudnej imprezy, na półce gospodarza znalazłam egzemplarz tej książki i zagłębiłam się w jej treść – przepisy mnie po prostu zaintrygowały i postanowiłam je wypróbować.
Później zdobyłam swój własny egzemplarz i okazało się, że każda ugotowana potrawa była strzałem w dziesiątkę: kartoflanka ze świeżymi ziołami, sola z imbirem i szczypiorkiem (tylko 6 składników!), sernik cytrynowo-imbirowy.
Lekko wydumane, ale łatwe, czyli coś dla mnie 😉
Do dziś chętnie sięgam do tej książki, gdzie inspirują mnie składniki i ich kombinacje. Dodatkowo zachęcająca jest jej cena – jakieś 20 zł w antykwariacie. Po prostu nikt jej nie chce, bo zdjęcia są brzydkie.

Smaku życia zapewne nigdy bym nie kupiła, gdyby nie wakacje i namiot z tanią książką. Owszem, przeglądałam ją wcześniej w księgarni, ale… jakoś mnie nie zachęciła zarówno jej szata graficzna, jak i wysoka cena (49 zł). Na wakacjach jednak niektórzy, jak ja, potrzebują różnej maści literatury, więc okazało się, że ta książka nadaje się nie tylko do oglądania, ale również i do czytania. Nie ugotowałam z niej nic, ale po lekturze postanowiłam robić swoją własną aromatyzowaną oliwę, upiec pomidory z tymiankiem, przestałam bać się świeżych muli co właściwie mam z tym zrobić i przede wszystkim ile tego kupić.
Ta książka jest osobista, lekka, domowa, polska, ale z domieszką egzotycznych smaków z dalekich podróży. Jest sympatyczna. Tak, to dobre słowo. Sympatyczna. Książka zainspirowała mnie do własnych poszukiwań i zaopatrzenia spiżarni w zapasy domowej roboty.
Agnieszka Maciąg pokazała, że jest piękną i ciepłą osobą. Wizerunek różny od tego, który przypisuje się modelkom. Książkę kupiłam za 19,90 zł.

Gdyby moja Babcia miała napisać książkę kucharską dla mnie, chciałabym, żeby zrobiła to tak, jak Nela Rubinstein. To była jedna z moich pierwszych lektur kulinarnych, nie tyle kupionych, jako pierwsze, co wykorzystywanych do celów innych niż tylko oglądanie i planowanie. To od Neli uczyłam się robić pierwsze kruche ciasto i właśnie tu kierowałam swoje pierwsze poszukiwania dań typowo polskich – zawsze sprawdzam, czy ona ma na ten temat coś do powiedzenia. Dla mnie Nela jest sto razy lepsza niż na przykład Julia Child, ponieważ pokazuje podstawy i niemal za rękę prowadzi dalej, do bardziej wyszukanych smaków. To jedna z niewielu książek, w których nie przeszkadza mi brak zdjęć. Ba, myślę nawet, że fotografie byłyby tu niemile widziane. Oprócz przepisów są tu anegdoty, które chodzą za mną od lat. Chciałabym, by ktoś nakręcił film o Arturze Rubinsteinie i jego gotującej z miłości żonie (którą w wieku 90 lat opuścił dla Annabelle Whitestone).
Cena – ok. 27 zł

Przed świętami często sięgam po klasyk: W staropolskiej kuchni i przy polskim stole autorstwa Lemnis i Vitry.
Historia staropolskiej kuchni i niezawodne przepisy. W dzieciństwie traktowałam ją jak ulubioną lekturę do poduszki. To stąd pochodzi przepis na słynny staropolski piernik świąteczny, na który ciasto przygotowuje się 4 tygodnie przed świętami.
Cena: 2-9 zł
Koniec części 1. Ciąg dalszy nastąpi 🙂

33 komentarze
Poprzedni
rp_burak_MG_7098.jpg
Następny
rp_pomidorowa-2_MG_7224.jpg