Pod słońcem Piemontu. Wspomnienie.

Czas zaciera wspomnienia.
Zostają obrazy, które przenikają się wzajemnie, jakieś doznania, smaki i na nowo odkrywane ścieżki.
Kiedyś przejeżdżałam przez Piemont. Było zimno i deszczowo. Pamiętam soczystą zieleń, która nie zapowiadała nasyconej sieny Toskanii.
Tym razem chcieliśmy odkryć Piemont po raz pierwszy. Żyć w nim kilka dni, rozglądać się dokoła i cieszyć chwilą.
Nie lubię planowania.
Nie lubię przewodników, list-z zadaniami-do absolutnego-zobaczenia-i-zwiedzenia. Nie i już.
Za to lubię snuć się bez celu po małych miasteczkach, robić sto zdjęć szyldu nad bramą i siedzieć na ławce obserwując plotkujące staruszki:
– Gdzie jest teraz Silvio?
– Ożenił się.
– Och, poverino*!
A jak nie mam planu, mam czas na to, by przeglądać księgę gości u naszego gospodarza, który jest młody i baluje do rana. A rano parzy nam kawę, którą ustawia na stole obok koszyka z maślanym ciastem z jabłkami.
Poruszaliśmy się między Albą i Asti. Chcieliśmy poznać otoczenie jednego i drugiego.
Asti, choć ładne, wieczorami bylo nieznośne. Głośne i nieprzyjazne. Trzeba wiedzieć, gdzie pójść, by ukryć się od zawodzenia karaoke i koncertu włoskiej Janis Joplin. My nie wiedzieliśmy.
Na drugi dzień odkrywaliśmy Albę, która jest urzekająca.

W sklepie ze słodyczami, Alba:

Piemont jest uroczą krainą porośniętą winoroślami i plantacjami orzechów laskowych, z których wyrabia się tu słynną Nutellę.
Przemysłowa Nutella, którą zna każde dziecko, tutaj ma również odpowiednik w czekoladowo-orzechowych kremach zamkniętych w słoiczkach, sprzedawanych w małych sklepach z delikatesami czy winami.

Tak rosną orzechy laskowe:

A tu przerabia się je na Nutellę:

Wizyta w pierwszej z brzegu cukierni, to możliwość skosztowania miejscowych specjałów:
torta di nocciole – okrągłego, delikatnie ciągnącego orzechowego ciasta. To tradycyjne jest wyrabiane głównie z mielonych orzechów laskowych, cukru pudru i jajek. Bardziej przemysłowe wersje mają w składzie również niewielki dodatek mąki, kakao czy drożdże. Często podaje się kawałek tego tortu w towarzystwie innego włoskiego deseru – zabaione.
Nociollini di Chivasso – małe okrągłe ciasteczka, przypominające Amaretti, które po raz pierwszy upiekł cukiernik z Chivasso, Giovanni Podio w 1810 roku. Ciasteczka te wyrabia się z uprażonych, mielonych orzechów, białka i cukru pudru.
Lingue di gatto – czyli po prostu kocie języczki – z masła, cukru pudru, mąki i białek. Lokalne kocie języczki są raczej cienkie i delikatne.
Warto również wspomnieć o słynnym Torta gianduia – torcie pokrytym czekoladową masą. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, bo słodycze z orzechami należą do moich ulubionych. Na koniec jednak wspomnę o ciastkach, które smakowały mi najbardziej – Amaretti morbidosi. To ciągnące ciasteczka z mieszanki słodkich i gorzkich migdałów. Sycące i wyjątkowo smaczne, pachnące migdałami.

Najlepsze ciasteczka pod Słońcem:

Odwiedziłam również jeden z firmowych sklepików Caffe’ Vergnano. Marki, która swoją historią sięga 1882 roku, kiedy to w miasteczku Chieri, nieopodal Turynu, Domenico Vergnano założył pierwszą palarnię kawy. Dziś firmę prowadzą jego wnukowie sprzedając niezliczone mieszanki kawy, która palona jest na miejscu. Wybór jest naprawdę duży (i trudny!).

W firmowym sklepie mojej ulubionej marki kawy, Caffee’ Vergnano:


Tym, którzy lubią wino, polecam wizytę w uroczym miasteczku Barbaresco, gdzie siedzibę ma jeden z najlardziej cenionych producentów tego trunku – Gaja.
Miasteczko jest malutkie, ma zaledwie dwie restauracyjki. W jedej z nich, u podnóża lokalnej wieży, jadłam najlepszy na świecie domowy makaron doprawiony masłem szałwiowym.
Piemont to jeszcze wina. Barolo, Barbaresco. Bardziej od win interesowały mnie oba miasteczka. Malutkie, niewiele tam turystów. Sklepiki z winami prowadzone często przez rodziny właścicieli.
I zamki na wzgórzach. Otoczone winnicami, które z daleka wyglądają jak utkane na krośnie. W równych rzędach z prawej do lewej, z lewej do prawej, z góry na dół. Jakie one zadbane! Jak pięknie tu musi być jesienią!
Co bym zrobiła z wygraną w totka? Kupiłabym mały domek na jednym z tych wzgórz, malowanych różnymi odcieniami zieleni. Latem.
Jadłabym ryż, który uprawia się w okolicy, by robić z niego risotto solidnie podlane Barolo. Rozłupywałabym świeże orzechy laskowe (na pewno przyszłoby mi do głowy testowanie lokalnych receptur na crema alla gianduia, lepszą milion razy od Nutelli.)
Łaziłabym po wzgórzach. Hodowała rude koty, które walczyłyby z innymi kocurami, a wieczorami ocierały się o kolana udając miłe, choć mocno przykurzone, pluszaki.
Kupiłabym papeterię i napisała wszystkie zaległe listy do tych, którzy na nie czekają.
A potem przyszłaby jesień, czas winobrania. Wzgórza złociłyby się od słońca, drogi, pomarańczowe pod wieczór, granatowe w nocy, niosłyby zapach ognisk i zapowiedź zimy.
Koty dostałyby lepszego futra i mniej by się tłukły, chętniej kręcąc przy domu.
A ja robiłabym na drutach swetry dla kotów 😉

* (wł) nieborak, biedaczek

9 komentarzy
Poprzedni
rp_curryIMG_4880.jpg
Następny
rp_lazanki.IMG_4411.jpg