Leje. I dobrze!

Czy powinnam narzekać na pogodę, bo padało, a ja nie mogłam smażyć się na plaży, szurać po piasku, przyglądać się staruszce w kapeluszu, która skubie ciasteczko i godzinami patrzy w siną dal?
Kiedy leje, wybieram się na wycieczki, zadowolona, że deszcz wygoni przynajmniej połowę z tych, którzy przybyliby na miejsce, gdyby świeciło słońce.
Zawsze chciałam odwiedzić Jarmark Dominikański. Raz mi się nawet udało, ale dawno temu, więc niewiele pamiętam z tamtej wyprawy. Na głowie miałam wówczas inne sprawy i minimalny nastrój na łażenie między straganami.
Dziś z przyjemnością zabrałam ze sobą parasol i Tatę pod drugim parasolem i brodząc w kałużach krążyłam między chińskimi szmatami, magicznymi fotelami, co same masują cudownie uzdrawiając, ziołami na wszystko, budkami z kaszanką.
Bo wśród nich znalazłam stoliki ze starymi rupieciami, widelcami, hełmami, butelkami po złotówce za sztukę, a im dalej szłam, tym więcej widziałam ciekawego: lniane serwetki z haftem, ręcznie wykonane miedzioryty (ach, dlaczego takie drogie, chciałabym mieć je wszystkie!), koszyki z chlebem, gliniane garnki, drewniane łyżki.
Kiedyś polowałam zachłannie. Dziś bardziej się przyglądam, więcej widzę, mniej chcę. Lubię gwar takiego jarmarku, zapach ciepłych lizaków na drewianych patykach, słodki aromat naleśników z powidłami, swojską woń smażonej cebuli czy pieczarkowych zapiekanek.
Lubię Gdańsk. (I wiem, że się powtarzam).
Jutro Wam napiszę, dokąd wiodą moje kroki, kiedy tylko wjeżdżam do miasta 🙂



14 komentarzy
Poprzedni
rp_wakacje-3.jpg
Następny
rp_pikawa-1.jpg