Czy telewizyjni celebryci kulinarni próbują nas otruć?

Z zaciekawieniem przeczytałam wczoraj artykuł w ostatnim numerze Newsweeka na temat telewizyjnych programów kulinarnych, w którym eksperci wypowiadali się na temat jakości proponowanych przez kucharzy dań, ale przede wszystkim rozpatrywali je pod kątem zdrowe-niezdrowe.
Na warsztat wzięto programy między innymi Pascala Brodnickiego, Nigelli Lawson, Roberta Makłowicza, Ewy Wachowicz, Karola Okrasy.
Uznano, iż wszyscy oni gotują zbyt kalorycznie i niezdrowo.
Czytając artykuł, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem apel o to, by kulinarni celebryci promowali zdrową kuchnię, ucząc nas, jak gotując mniej kalorycznie, jeść smacznie. Z drugiej zadałam sobie pytanie – czy ktokolwiek z oglądających te programy ślepo podąża za swoją gwiazdą i gotuje dokładnie tak, jak ona?

Dostęp do kulinarnych ciekawostek na ekranie to w Polsce stosunkowo młoda sprawa. Mieliśmy swoje lokalne gwiazdy, ale brakowało nam możliwości obejrzenia tych, które za granicą od lat osiągają mniejsze lub większe sukcesy. Część z tych gwiazd wciąż świeci jasno, inne już nieco przygasły lub odeszły do lamusa. I myślę sobie – posłowie, pozwólcie mi wybrać to, co chcę.
Nie mam wprawdzie telewizora, a programy kulinarne oglądam z zaciekawieniem lecz nieregularnie. Mam swoich ulubieńców i tych, którzy nudzą mnie niemiłosiernie. Zawsze się zastanawiałam, dlaczego Kuchnia.TV emituje jakieś starocie w scenografii z lat osiemdziesiątych, w estetyce dawno odbiegającej od współczesnej, ale ostatnio z nadzieją obejrzałam nowe, polskie twarze.
I doszłam do wniosku, że problem polega na tym, że nie wystarczy dobrze gotować czy pisać o jedzeniu, by osiągnąć telewizyjny sukces, a to, co widziałam, wygląda jak kreowanie gwiazd z łapanki: „Znasz kogoś, kto dobrze gotuje? Ona? Aaaa, to daj jej mój telefon. Niech zadzwoni, to zrobi się jakiś program”.
To jest nudne! Nie chcę tego oglądać.
Czytam felietony kulinarne – pełne magii, później widzę na ekranie zupełnie nietelewizyjną osobowość, często z jakąś dziwną, przybraną dla potrzeb telewizji, manierą i… czar pryska.
Próbując powielać zachodnie programy, nie pamiętamy o tym, że za sukcesem i popularnością Jamiego Olivera nie stoi sam Oliver, notabene sympatyczny i jakiś, ale sztab ludzi pracujących nad tym, co kucharz powie, zrobi, gdzie się pojawi. A przede wszystkim ten sztab ludzi wytycza mu ścieżkę, po której ten konsekwentnie podąża. Można mu zarzucić to czy tamto, ale wygląda na to, że dla Jamiego znaleziono niszę, w której osiąga sukcesy.

Wracając do artykułu. W opinii zaproszonych przez Newswek ekspertów, najlepiej ze wszystkich wypadł miłośnik kostek Unilevera i margaryny Rama:
„Pascal Brodnicki częściej sięga po świeże warzywa i zioła (…) Dlatego eksperci przymknęli oko na to, że w każdym programie używa kostek Knorra. – Przyprawy w kostkach nie są godne polecenia, ale wrzucenie ich do zupy nie jest jeszcze największym wykroczeniem przeciwko zdrowiu – mówi prof. Marek Naruszewicz, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Badań nad Miażdżycą.”
Czyli – wrzucajcie kostki gdzie leci, aby jeść warzywa. Bo kostki to „tylko” sól. Czy aby na pewno?
Dostało się Makłowiczowi: „Naruszewicz karci Makłowicza za to, że odwołując się do regionalnych zwyczajów kulinarnych, odtwarza przed kamerą niezdrowe przepisy”. Nie przepadam za Makłowiczem, jego propozycje są dla mnie zbyt tłuste i mięsne, ale jego programy traktuję jako ciekawostkę, w której pokazuje kawałek lokalnej społeczności, jej bazary czy zwyczaje. Makłowicz, jako ten, który do telewizorów przyciąga magiczną liczbę dwóch milionów telewidzów, jest dla mnie facetem od rozrywki, a nie wyrocznią w sprawie zdrowego odżywiania.

Najbardziej dostało się Nigelli. Za tłusto, za słodko i „niemal do każdego dania dodaje chipsy”. Nie wiem, czy rzeczywiście wszędzie dodaje chipsy, mam wszystkie jej książki, być może nie czytałam ich dokładnie i coś mi umknęło. A może ktoś zechce zajrzeć do jej książki „Na zawsze lato” z łososiem marynowanym w kaparach i koperku? A co z jej pieczoną barweną ze słodko-kwaśną sałatką ze świeżych warzyw, przepisem na idealnie ugotowany ryż czy na pieczoną ricottę z grillowaną sałatą albo południowoindyjskie curry?
Czy Nigella to wyłącznie szynka gotowana w Coli, pudding z croissantów i Nutelli? Wyjadanie z lodówki po nocach? Gdzie cała kultura jedzenia, historia, jej opowieści. Gdzie humor?
Eksperci grzmią: „Po roku diety Nigelli Lawson utyjemy 10 procent, ryzyko chorób serca wzrośnie trzy-cztery razy”.
No tak, od razu przypomniał mi się inny eksperyment, film „Super Size Me”, w którym główny bohater odżywia się wyłącznie produktami z Mc Donald’sa i na oczach widzów poddaje się badaniom, które pokazują jak z każdym dniem rujnuje swoje zdrowie.
A gdzie umiar w tym wszystkim?
Lubię programy kulinarne, kocham książki kucharskie. Wybieram z nich to, co lubię, co mnie interesuje, inspiruje. Jeśli mam ochotę wzbogacić swoją kuchnię o zdrowe potrawy, sięgam po książki ekspertów, a nie telewizyjnych celebrytów.
Nie używam kostek rosołowych Knorra i raczej nigdy nie będę i nikt mi nie wmówi, że to mniejsze zło niż 36%-owa śmietana od czasu do czasu.
Posłowie debatując nad tym, czy zakazać ‚niezdrowych programów kulinarnych’ będą traktowali nas jak dzieci w myśl zasady: Lepiej zamknąć cukierki w ciemnej szafce i zabronić, niż postawić wszystkie na stole, pozwolić na jednego i wytłumaczyć, dlaczego lepiej jeść jabłka.
Może zamiast debatować i zabraniać, ktoś wpadnie na pomysł ciekawego, atrakcyjnego programu kulinarnego, w którym telewizyjna osobowość, niekoniecznie ta, która ma za sobą 10 lat w restauracji, prowadzenie wieczornej prognozy pogody, jest obowiązkowo z zagranicy lub napisała kilka artykułów na dowolny temat tu czy tam, pokaże, jak można gotować zdrowiej – co warto zastąpić czym, by nie traciło na smaku, który lubimy. By było ciekawe, atrakcyjne i nieudziwnione. By wreszcie zdrowe nie kojarzyło się z pozbawionym smaku daniem z makaronem z razowej mąki czy twardymi ciastkami bez cukru.
By zdrowe było modne i smaczne, a nie dla wybranych i wtajemniczonych.
I wreszcie, by było podane w atrakcyjnej telewizyjnej formie, nie nudziarskiej i pouczającej.
Dopóki tym, co niezdrowe (i dobre) a tym, co w naszej świadomości zdrowe (i niedobre) będzie w naszych umysłach przepaść, dopóty wszelkiego rodzaju debaty nie przyniosą wielkiego skutku.
Na koniec, dziennikarka załamując ręce nad stanem polskich celebrytów kulinarnych, ogłosiła konkurs: „Która z gwiazd kulinarnych pójdzie w ślady Olivera, który na zlecenie brytyjskiego rządu ratuje obywateli przed epidemią otyłości i chorób serca„. Hmn… Czy to jednak nie nadużycie?

Czy programy kulinarne to misja czy rozrywka? Dla mnie to drugie, a dla Was?

P.S.
Idę poszperać w którejś z książek Nigelli. Potem pokażę Wam, co „niezdrowego” tam znalazłam;-) Do zobaczenia po południu!

28 komentarzy
Poprzedni
rp_lazanki.IMG_4411.jpg
Następny
rp_nigella.jpg