Włoskie ciasto orzechowe

Otwieram na chybił trafił Pod słońcem Toskanii:

Furkot Słońca
Ten dom w odległości dwóch kilometrów od miasteczka wydaje się domem na głuchej wsi. Nie widujemy nikogo z sąsiadów, chociaż słyszymy, jak właściciel teras wysoko powyżej nas woła swojego psa.
– Vieni qua! – Chodź tutaj.
Letnie słońce uderza jak świadomość grzechu. Orientuję się, która jest godzina, po tym, gdzie blask słońca pada na dom, zupełnie jak byśmy mieli olbrzymi zegar słoneczny. O pół do szóstej zrywają nas z łóżek pierwsze promienie klapsem w drzwi tarasu, dzięki czemu możemy oglądać świt.
O dziesiątej płyta słonecznego blasku wpada do mojego gabinetu bocznym oknem, moim najulubieńszym, bo jest ramą dla cyprysów, gajów w dolinie i dalej Apeninów. Chcę namalować taką akwarelę, ale kolory moich farb wodnych są straszne, nadają się tylko do leżenia na półce w szafie.
O dziesiątej słońce huśta się w górze nad frontem domu i zostaje tam do czwartej po południu, kiedy to kawałek cienia na trawniku sygnalizuje, że podążyło na drugą stronę wzgórza.
Jeżeli pod wieczór idziemy w tamtym kierunku do miasteczka, widzimy przedłużenie wspaniałego zachodu słońca, które ociąga się nad Val di Chiana, aż w końcu zachodzi, pozostawiając dosyć pręg złota i szafranu, żeby nam było jasno w drodze powrotnej do domu, zanim o pół do dziesiątej zapadnie mrok koloru indygo.
*

Ona tak potrafi pisać o Italii, że mam ochotę natychmiast pakować walizki. Albo nie, wziąć torebkę, paszport i kurtkę na wypadek deszczu i w wygodnych butach wyruszyć z domu bez myślenia o tym, co warto spakować i o czym nie można zapomnieć.
We Włoszech nauczyłam się chłonąć atmosferę obcych miejsc po omacku, bez przewodników i rad. Idę przed siebie, dotykam starych murów nagrzanych słońcem. Wdycham zapach ulic, z których paruje poranny deszcz.
Tam, tak jak w domu, najważniejsze jest tu i teraz. Chwila, która trwa, która cieszy i zaskakuje.
Włochy to kawa. I orzechy. I ciasto, w którym są obie rzeczy. Dawniej to było moje ciasto na pocieszenie. Dziś piekę je zawsze wtedy, kiedy mam ochotę zrobić coś tylko dla siebie. Na co mam dziś ochotę? Właśnie na to.

Włoskie ciasto z orzechami

3 jajka
100 g cukru
łyżeczka esencji waniliowej lub cukier z prawdziwą wanilią
300 g orzechów laskowych
100 g ciasteczek amaretti (twardych, np firmy Vicenza)
200 g mąki pszennej (lub pół na pół z razową albo orkiszową) plus 2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki rumu
50 ml mocnej kawy espresso (najchętniej używam tu orzechowej)
50 ml mleka
100 g masła, roztopionego i ostudzonego

Jajka utrzeć z cukrem i wanilią na kogel-mogel.
Orzechy uprażyć przez 10 minut w rozgrzanym do 200 st C piekarniku.
Ostudzić je, zmiksować z ciasteczkami amaretti, następnie dokładnie wymieszać z mąką z proszkiem do pieczenia.
Do utartych jajek dodać rum, mleko i kawę oraz masło. Wymieszać łyżką. Dodać orzechy, dokładnie wymieszać.
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Tortownicę o średnicy 23-25 cm wysmarować masłem, wysypać tartą bułką. Wlać ciasto. Piec ok. 45-50 minut.
Ostudzić na kuchennej kratce.

Smacznego!

*Frances Mayes: Pod słońcem Toskanii,
tłum. Zofia Kierszys,
wyd. Prószyński i S-ka 2000

14 komentarzy
Poprzedni
rp_marchewkoweIMG_9088.jpg
Następny
rp_MG_0141.jpg