Tajlandia. Północ-Południe.


Moje podróże do Indii czy na Sri Lankę były zawsze poszukiwaniem lokalnych smaków. Mniej niż krajobrazy i widoki interesowały mnie miejscowe kafejki i przydrożne stoiska z jedzeniem. Chciałam zobaczyć i dotknąć do kulinarnego serca tych krajów. Jadłam w przydrożnych budkach, próbowałam napoju z trzciny cukrowej sprzedawanego pod świątynią.
W Tajlandii szukałam tego samego, jednak nie jest to proste. O ile w Indiach można bez problemu zjeść za niewielkie pieniądze czy dojechać miejskimi środkami lokomocji, na Phukecie jest to niemal niemożliwe.
Wysokie ceny i kryzys gospodarczy wygoniły z Tajlandii wielu turystów i wygląda na to, że kraj ten powoli cierpi na ich niedobór. W mieście takim jak Chiang Mai, uważanym za stolicę północnego regionu Tajlandii, białych turystów można policzyć na palcach. I rzadko można zobaczyć młodych ludzi z plecakami, którzy tuż po studiach wybierają się w podróż do Azji. Spotykałam ich zawsze w Indiach, gdzie podróżowali i cieszyli się wolnością tuż u progu prawdziwego, dorosłego życia. Dla niektórych był to po prostu sposób na życie. W Indiach zawsze można być hipisem albo wielbicielem Boba Marleya. Można wtopić się w tłum i żyć z nim latami.
W Tajlandii, którą zobaczyłam, nie jest to takie proste.
Żeby wydostać się z hotelu i dojechać do centrum miasta, musicie wziąć taksówkę, a to wydatek rzędu 60-150 PLN w jedną stronę. Jednym słowem – warto tu przyjechać, ale trzymać się z dala od turystycznych miejsc, jakim bez wątpienia jest Phuket.

Kiedy jadę daleko, porównuję nowe doświadczenia ze starymi i zawsze zadaję sobie pytanie, czy chciałabym kiedyś wrócić. Jeśli tak, to jak i kiedy. I gdzie. Jeśli chciałabym wrócić do Tajlandii, to na Północ, np do prowincji Mae Hong Son, leżącej ok. 370 km od Chiang Mai, gdzie żyje wiele mniejszości etnicznych, jak Karen, Hmong, Lisu czy Lahu, a 75% powierzchni pokrywają lasy i góry. Raczej nie przyjadę już do Phuketu i będę się trzymać z dala od turystycznych ścieżek, gdzie ceny są wyższe niż w Europie.

Piękno Tajlandii to jej przyroda, zapierające dech w piersi lasy równikowe, storczyki rosnące na drzewach i w przydrożnej trawie. Storczyk jest symbolem Tajlandii i dla kogoś, kto tak jak ja, jest miłośnikiem tych kwiatów, Tajlandia jest rajem. Można odwiedzić jedną z wielu storczykowych farm, gdzie ilość rodzajów tych kwiatów jest wręcz niepoliczalna. I obserwując jak rosną na farmie czy w naturalnych warunkach zrozumiałam, dlaczego często tak trudno zachować nam piękno tych kwiatów w naszych domach. Na niektórych farmach wydzielono specjalne pomieszczenia, w których hoduje się motyle.

Ja jednak, jadąc tutaj, miałam nadzieję poznać kuchnię tajską, której tak naprawdę nigdy wcześniej nie miałam okazji doświadczyć.
I nie zawiodłam się – Tajlandia to kuchnia – jedna z najlepszych na świecie, bo wygląda na to, że Tajowie długo przed Europejczykami cieszyli się kuchnią fusion – niezwykłe połączenie słodkiego, kwaśnego i słonego. Mleka kokosowego, trawy cytrynowej, pasty curry i galangalu. Pasta z suszonych krewetek, która nadaje smak potrawom i plaster limonki wrzucony do kubka herbaty.
Ten urlop upłynął mi pod znakiem krewetki – to właśnie krewetek zjadłam tu najwięcej, pod różnymi postaciami.
Nie zapomnę zupy Tom Yam Goong – ostrej i słodkawej, w której rytm nadaje chili, trawa cytrynowa, grzyby i krewetki. Moim drugim ulubionym daniem jest Phad Thai – smażony makaron ryżowy (ten domowej roboty jest niesamowity!) z krewetkami i jajkiem.
Smak, który chciałabym odtworzyć, choć to prawie niemożliwe, to krewetki zapiekane z owocami passiflory i cukrem trzcinowym, podane z ugotowanymi na parze szparagami.
Tajlandia jest bogata w warzywa, zioła i przyprawy. Cieszę się, że miałam okazję spróbować, jak smakuje tu na miejscu. Postaram się przenieść do swojej kuchni choć część smaków, które tu poznałam i które mnie zauroczyły.

Wegetariańska wersja zupy kokosowej:

Wegetariańska wersja Tom Yam Goong:

Na farmie storczyków:

Wszystkie do kupienia!:

Z tego wyklują się motyle…

13 komentarzy
Poprzedni
rp_1.jpg
Następny
rp_3.jpg