Makowiec Wigilijny Małgorzaty Musierowicz

W kwestii makowca jestem bardzo wybredna. Większość z nich nie bardzo mi smakuje. Lubię delikatne ciasto, niezbyt suche. Jego cienkie warstewki powinny być suto przełożone dużą ilością masy makowej. Przygotowanie makowca zawsze jest czasochłonne i pracochłonne. Więc skoro tak, poświęcam dodatkowy czas na zrobienie własnej masy makowej.

Przepis, który Wam chciałam przedstawić, pochodzi z uroczej książeczki ulubionej pisarki młodzieży, Małgorzaty Musierowicz.
Kiedy go zobaczyłam, nie mogłam odmówić sobie wypróbowania go, bo – sama nie wiem czemu, może dlatego, że bardzo lubiłam książki tej pisarki – ufam jej talentowi kulinarnemu. I udało się. Makowiec jest dokładnie taki, jak trzeba. I choć planowałam w tym roku wypróbować kilka przepisów na makowiec – zostanę przy tym jednym. Jest po prostu doskonały. Ciasto idealnie się wałkuje, masa jest wilgotna i aromatyczna.

* * *

Tosia to bohaterka jednej z książek Musierowicz, „Kłamczuchy”.
Niech Was nie przeraża ten wyjątkowo długi opis. Dzieki niemu poznacie wszystkie szczegóły przygotowania dobrego makowca. Naprawdę warto. Polecam!

„Przepis na ten makowiec, naprawdę wyjątkowo cudowny, dostała Tosia od swojej Mamy i piecze go tylko raz do roku. Bo ma to być, po prostu, specjał wyjątkowy, niepowtarzalny i jedyny, kojarzący się tylko z Gwiazdką.
Pieczenie makowca to cała akcja i kiedy Tosia zabierała się do tego po raz pierwszy, musiała walczyć ze zwątpieniem i obawami, czy podoła. Ale, oczywiście, dla chcącego nic trudnego, nie święci garnki lepią, a w ogóle to dobrze jest przekonać się, że Mama nie jest aż tak niedościgłym wzorem. Można ją dogonić, a nawet prześcignąć i to jest naprawdę kolosalna satysfakcja!

Zaczyna się od sparzenia 1/2 kg maku.
Zalewa się go wrzątkiem w garnku i niech sobie stoi przez noc.
Nazajutrz odsącza się mak na sicie, bardzo dokładnie, a potem przekręca się go przez maszynkę, jeden raz tylko, nie dwa czy nawet trzy, jak doradzają w książkach kucharskich. Tosia lubi, jak mak troszkę chrupie w zębach, a nie maże się kleiście.
No więc, raz go przez maszynkę – a potem, do tego przekręconego maku, wlewa się trzy-cztery łyżki płynnego miodu, prawdziwego!

Teraz cukier. W przepisie Tosinej Mamy jest napisane: „cukier – do smaku” – no, bo rzeczywiście, jedni wolą słodziej, drudzy nie. Do smaku, to do smaku.
Dwie łyżki roztopionego masła. Rodzynki. Skórka pomarańczowa. Obrane i posiekane migdały. Orzechy włoskie. Orzechy laskowe. Wszystko posiekane. Wreszcie – ze trzy lub cztery łyżki wiśniowej konfitury. I całe jajko. Wszystko to należy wymieszać i niech sobie odpoczywa, nasączając się powoli różnorakimi aromatami.

Teraz ciasto.
Rozczyn jak zwykle:
szklanka letniego mleka
3 dkg drożdży
łyżeczka cukru
łyżka mąki

I niech rośnie.

Na ciasto potrzeba:
300 g mąki (użyłam 450 g mąki, ponieważ przy tej ilości ciasto było zbyt rzadkie – przyp. Liska)
3 jajka
1/3 kostki* masła (roztopić! ostudzić!)
1/3 szklanki cukru**
szczyptę soli

Z tym ciastem jest następujący problem: ono nie ma być zwarte, jak np. to na placki czy baby. Nie. Ma być luźne, wolne, choć naturalnie doskonale ubite za pomocą kopystki***. Po stwierdzeniu, że ciasto odstaje od kopystki oraz że zawiera dużo pęcherzyków powietrza, Tosia wykłada ciasto na stolnicę podsypaną mąką, przykrywa je czystą ściereczką i pozwala mu nieco podrosnąć.

Potem dzieli je na pół, ponieważ z tej ilości ciasta zręczniej jest wykonać dwa mniejsze makowce, niż męczyć się z jednym wielkim.
Więc rozwałkowuje się cienko ten pierwszy kawałek – tak by przybrał formę podłużnego prostokąta.
Nakłada na ten prostokąt mak – od brzegu do brzegu.
Zwija teraz ciasto wraz z makiem w długi rulon (poczynając od tego dłuższego brzegu prostokąta) i zakleja końce rulonu. Następnie smaruje masłem długą formę ćwibakową, posypuje ją tartą bułką i wkłada makowiec do formy.

Tę samą operację powtarza się z drugim kawałem ciasta i drugą połową makowego nadzienia, tak że po chwili na stolnicy widnieją dwie jednakowe formy ćwibakowe, wypełnione w 2/3 wysokości bladym ciastem, z którego nie powinno w żadnym miejscu wyłazić makowe nadzienie. Jeśli wyłazi – zalepić dziurkę! Tak. I można jeszcze pozwolić makowcom wyrosnąć, a w tym czasie nagrzać piekarnik do 180 stopni i wykonać na przykład kruszonkę, jeśli kto lubi. (Tosia nie lubi).

Mama Tosi zawija makowce w pergamin i w nim je piecze. Inni wolą folię aluminiową. Ale Tosia ceni stałość i niezawodność blaszanej foremki*****.

Po upieczeniu****** (180-200 st C) i sprawdzeniu patyczkiem tych miejsc, gdzie więcej jest ciasta niż nadzienia, Tosia pozwala makowcom przestygnąć, ale nie całkiem, gdyż lukrowanie w momencie, gdy ciasto jest jeszcze ciepłe decyduje o tym, jak gładko lukier rozleje się po powierzchni makowców.
Lukier czekoladowy jest tu bardzo na miejscu, także kajmakowy, albo cytrynowy.”

/Przepis pochodzi z książki Małgorzaty Musierowicz: „Łasuch Literacki” wyd. Akapit Press, Łódź 2002

*Zakładam, że w tamtych czasach używano kostki o wadze 250 g (przyp. Liska)
**użyłam szklanki o pojemności 250 ml
***kopystkę zastąpiłam mikserem 😉
*****ja lubię makowce nieco płaskie i piekę je delikatnie zawijając w papier, na blaszce
****** piekę ok. 40-50 minut – czas pieczenia zależy od wielkości makowców. Im większe zrobimy, tym dłużej się pieką.

30 komentarzy
Poprzedni
Następny