Nasz nowy przyjaciel

W moim domu zawsze było dużo zwierząt. Bez względu na (małą!) ilość miejsca, zawsze udawało mi się przebłagać rodziców o to, by kupili mi coś puszystego. Zaczynałam od chomików, które dorastały do wielkości małych świnek morskich, spały mi na rękach albo w łóżku. Każde pożegnanie z nimi kończyło się pogrzebem z kwiatami i okupione było kilkudniową gorączką i rozpaczą, po której rodzice zapewniali mnie, że „nigdy więcej”. Ale potem znowu udawało mi się ich namówić…
Miałam chomiki, świnki morskie, króliki, żółwie, rybki, koty. W dorosłym życiu psa.
Chciałam pracować w ZOO albo być weterynarzem, a moją ulubioną lekturą były księgi o gryzoniach.

Kiedy moja córka jako dwulatka zaczęła znosić do domu ślimaki, dżdżownice, pająki i koniki polne wiedziałam, że stara prawda o jabłku, które niedaleko pada od jabłoni, jest święta. Długo broniłam się przed myślą o kolejnym „prawdziwym” zwierzaku, ale dwa dni temu, kiedy zobaczyłyśmy go na wystawie poczułam, że chyba znowu mam 10 lat 😉

Tak naprawdę chciałam napisać dzisiaj o czymś innym, ale nie zdążyłam zrobić zdjęć, bo to coś zostało zjedzone nim ostygło.

Zatem postanowiłam podzielić się z Wami zdjęciami naszego nowego przyjaciela.

16 komentarzy
Poprzedni
Następny