Historia bochenka chleba


Często piszę o tym, jak ważne znaczenie w moim życiu ma możliwość wypieku własnego chleba.
Za każdym razem, kiedy czytam komentarze pod pieczywem, które pokazuję w Pracowni Wypieków, kiedy odpowiadam na pytania, przypominam sobie siebie rozpoczynającą przygodę z pieczeniem na zakwasie. Bo wszelkie inne wypieki na drożdżach, w mojej opinii, chlebami nie są.
Zawsze namawiam do cierpliwości i spokoju, bo chleb, przynajmniej ten, który pojawia się w moim domu od mniej więcej czterech lat, to efekt prób i błędów. Niby to oczywiste, a jednak nie do końca.
Wszyscy chcemy nastawić zakwas i najlepiej nazajutrz upiec piękny rustykalny bochenek. Złościmy się, kiedy z piekarnika wychodzi nam kamień albo gliniasta bryła. Najczęściej obwiniamy zły przepis. Ja też obwiniałam przepisy, temperaturę, pogodę, piekarnik. Były dni, kiedy piekłam kilka chlebów jeden po drugim. Żaden nie wychodził.

Zawsze namawiam do cierpliwości. Bo chleb to magia. I prawda, że raz rośnie szybciej, innym razem wolniej. Czasami trudno za nim nadążyć 😉 Warto próbować, bo nie ma nic piękniejszego niż zaproszenie przyjaciół na kromkę chleba z masłem.
Lubię chwile wspólnego biesiadowania i rozmów o tym, który bochenek był lepszy.
Niektórych udało się namówić na przygodę, jaką jest samodzielne pieczenie.
Innych nie.

Są też tacy, którzy pięknie moje chleby fotografują.
I dzisiaj chciałabym pokazać zdjęcia mojego chleba zrobione przez Leszka Szurkowskiego. W jego zdjęciach zawsze można dojrzeć inny wymiar rzeczywistości.



Na zdjęciach: Żytni chleb na zakwasie z orzechami włoskimi

20 komentarzy
Poprzedni
Następny