Wyznania francuskiego piekarza

Po pierwsze bardzo lubię książki o tym, jak ktoś kupuje ruderę na południu Europy, następnie ją remontuje. Przy okazji rwie włosy z głowy, wścieka się, cieszy, prawie bankrutuje, a potem znowu się podnosi i na końcu prezentuje fascynujące efekty swojej pracy w postaci pięknego domu, na widok którego dech zapiera.

W dziedzinie tego typu książek bezapelacyjnie wygrywa Frances Mayes, z pierwszą powieścią na temat Bramasole, o której pisałam tutaj. Kolejne książki tej autorki zupełnie na mnie nie działają i nie wracam do nich. Jestem też zdania, że tego typu dzieło można popełnić tylko raz, kiedy emocje są gorące, a ich opis nie jest pod publikę, która w ciemno kupi kolejną książkę z napisem „Bestseller”.

Mayes i Mayle w księgarni zawsze stoją ramię w ramię. Z racji nazwiska, oczywiście, ale z racji tematu też. Frances zachwycała się Toskanią, Mayle Prowansją. Ja zachwycałam się Frances, ale przez dwie powieści Mayle’a ledwo przebrnęłam. Znudził mnie jego prześmiewczy ton, zachwyt, nie podoba mi się styl jego pisania. Tak już z nim mam. Po prostu czuję, że kolejne książki pisze tylko po to, by zarobić.

Jednak kiedy dowiedziałam się o „Wyznaniach francuskiego piekarza”, które napisał wspólnie ze swoim znajomym, francuskim piekarzem o nazwisku Gerard Auzet, wiedziałam, że nie będę mogła im się oprzeć. Kiedy tylko przetłumaczono je na polski, pobiegłam do księgarni i pochłonęłam w trzy godziny.

Oto historia o tym, jak i dlaczego powstała ta książka:

„Do piekarni, przeczytawszy o niej, przybywali cudzoziemcy, którzy oprócz chleba pragnęli czegoś więcej: wiedzy, znajomości składników, przepisów, rad – wszystkiego tego, co mogłoby im pomóc upiec własny chleb á la façon d’Auzet, kiedy wrócą do domu w San Francisco, Tokio, Monachium, Londynie czy Amsterdamie.
Gerard , będąc człowiekiem wspaniałomyślnym i życzliwym, zaczął prowadzić pokazy dla swoich zagranicznych gości. Raz w tygodniu zabierał grupkę do piekarni na tyłach sklepu i dawał im dwugodzinną lekcję pieczenia chleba. Uczył, jak nadawać ciastu kształt bagietek, boules i bâtards, jak przyozdabiać je wzorkami w paski i wgniecenia, jak formować końcówki w należycie łagodne łuki – i, w końcu, jak piec.
Pokazy stawały się coraz bardziej popularne. Ale czegoś brakowało. Uczniowie Auzeta wciąż prosili o jakąś pamiątkę owych lekcji, którą mogliby zabrać ze sobą do domu, ściągawkę na piśmie, swego rodzaju podręcznik podstaw piekarstwa.
Voilà le problème – powiedział do mnie Gerard. – Rzecz jasna, mają moje przepisy. Chciałbym jednak dać im coś więcej niż tylko kilka kartek papieru. Może nieco historii, jedną czy dwie anegdoty, parę rad – no wiesz, prawdziwą pamiątkę. Niewielką książkę.
– Uważam, że to doskonały pomysł – odrzekłem.
– Tak – przyznał Gerard. – A ty możesz ją dla mnie napisać.
No i napisałem, choć wiedza fachowa pochodzi od niego.”*

Książka jest lekka jak beza. Nie znajdziemy tu tajemnic i skomplikowanych przepisów. Ot, trochę prostych rad i wskazówek. Brakowało mi choćby jednego przepisu na chleb na zakwasie. Wszystkie, jakie tu są, są to odmiany pieczywa pszennego, a dla mnie to jednak za mało… Po szumnym tytule „Wyznania francuskiego piekarza” spodziewałabym się jednak czegoś więcej.
To miła i lekka lektura, przepisy sympatyczne, choć z ogromną, jak na mój gust, ilością drożdży.

Z ciekawością przeczytałam historię rodziny Auzet, a zwłaszcza zainteresował mnie fragment o tym, jak pradziadek Auzet przemierzał Francję wożąc ze sobą zakwas, dzięki któremu w kolejnych gospodarstwach mąkę gospodarzy przemieniał w chleb. Szkoda, że w przepisach nie ma słowa o tym, jak robi się taki zakwas…

Na koniec, żeby nie wyjść na kompletnego malkontenta powiem tylko, że książka jest piękna. Mała, ale bardzo ładnie wydana – ze zdjęciami w kolorze sepii, mnóstwem rysunków pokazujących jak formować bochenki, na ładnym papierze. Cieszę się, że ją mam, choć potrafiłabym bez niej żyć.

*Wyznania francuskiego piekarza
Gerard Auzet , Peter Mayle
tłum. Wioletta Dobosz
Wyd. Prószyński i S-ka , Sierpień 2008

10 komentarzy
Poprzedni
Następny