Holandia. Delft.


Delft to miasteczko w zachodniej Holandii, nad rzeką Schie, na południe od Hagi. Od kiedy po raz pierwszy zobaczylam film „Dziewczyna z perlą” ze Scarlett Johansson, na podstawie książki Tracy Chevalier, wiedzialam, że muszę tu przyjechać.
Ten, kto choć raz oglądal obrazy Jana Vermeera, odwiedzając Delft, poczuje się tak, jak za czasów malarza, gdyż od XVII wieku wiele tamtejszych budowli pozostala niemal taka sama.
To jedno z najstarszych miast niderlandzkich, które uległo pożarowi w roku 1526, a następnie zostalo poważnie zniszczone przez wybuch prochowni w 1654 roku. Miasto jest poprzecinane siecią kanalów, w których plynie czysta woda, a w niej doslownie wszędzie rosną lilie i plywają kaczki.

W Delft znajdziemy takie budowle jak Nieuwe Kerk (Nowy Kościół, wybudowany w latach 1397—1496) w stylu gotyckim, ze 115-metrową wieżą i pięknym grobowcem Wilhelma Orańskiego czy też Oude Kerk (Stary Kościół) z 1250 roku (rozbudowany w XV-XVI w.) oraz renesansowy Stadhuis (ratusz) z lat 1618-1620.

W Delft spędzilam dwa urocze dni i mimo upalu, z przyjemnoscią spacerowalam po jego uliczkach, podziwialam domy, które są w doskonalym stanie. Jest to jedno z najpiękniejszych europejskich miast, gdzie najlatwiej poruszac się na rowerze.

Odwiedziłam miejscowy targ, gdzie oprócz ubrań po 3 euro made in China, można było znaleźć trochę starych bibelotów, a oprócz tego… kwiaty! W końcu to Holandia. Jak bardzo żałowalam, że nie mogę kupić kilku krzaków hortensji, królowej sezonu. Jak na swiatową stolicę kwiatów przystalo, rosliny, które się tu sprzedaje, są doskonalej jakosci, dorodne, piękne i w dobrych cenach.

Do Delft nie przyjeżdża chyba zbyt wielu turystów, gdyż nie ma tu dużego wyboru hoteli, a rano trudno znaleźć otwarte miejsce do zjedzenia sniadania. My zatrzymalismy się w hotelu Grand Canale, którego nie polecam, więc nie będę się specjalnie długo o nim rozpisywać.
Delft nie wabi nadmiarem kawiarenek czy restauracji, ale można przyzwoicie zjesć. Restauracją, która najbardziej przypadla mi do gustu, byla Les Copains, w której jedlismy doskonale przygotowane ryby: turbota w sosie szafranowym i monkfisha z makaronem tagliatelle, suszonymi pomidorami i szpinakiem. Restauracja wygląda na nową i nie ma jeszcze dużej klienteli – wczoraj wieczorem, oprócz naszego, zajęty byl tylko jeden stolik. A szkoda, bo jedzenie naprawdę doskonałe.

Na koniec dodam, że Delft slynie z ręcznie malowanej porcelany. Oryginalne naczynia nie należą do najtańszych (maly talerzyk kosztuje ok. 100 Euro) i, co mnie bardzo zaskoczylo, w jednym ze sklepów znalazlam duży wybór ceramiki artystycznej z naszego rodzimego Boleslawca 🙂




Moje cudowne odkrycie – siroopwafels, czyli cienkie, (tutaj jeszcze cieple) wafelki, przelozone masą karmelową…




Kup kilo sera…


…a 10 jajek dostaniesz gratis 😉


Monkfish w restauracji Les Copains

6 komentarzy
Poprzedni
Następny