Amsterdam. De Bakkerswinkel.


Dziś już ostatni odcinek mojej belgijsko-holenderskiej opowieści.
Może jeszcze kiedyś będę wracać do miejsc, które tu zobaczyłam i odwiedziłam, a tych wszystkich, którzy wolą czytać o moich kulinarnych poczynaniach, zapraszam już wkrótce. Na pewno zaraz po powrocie zabiorę się za moje ulubione hobby:)

* * *

Ciasne uliczki, trochę jak w Indiach, gdzie z głośników płynie muzyka Boba Marleya. Średnia wieku poniżej trzydziestu lat. I zapach morza, marihuany i jedzenia. Duszne powietrze, miliony turystów i miejsca, których nie ma gdzie indziej.
Zawsze chciałam przyjechać do Amsterdamu na dłużej, gdzie wszyscy, bez względu na wiek, są młodzi.
Kafejki, w których bez problemu można zapalić jointa, kupić tajemnicze grzybki albo po prostu napić się kawy, są tu wszechobecne. Dzielnica Czerwonych Latarni, gdzie w oknach stoją prostytutki, a obok toczy się życie turystyczno-rozrywkowe. I nie wygląda to na dzielnicę totalnego rozpasania, raczej kolorową inność. Wesołą i ciekawą, bo niespotykaną gdzie indziej.
Kiedyś szukałam w Amsterdamie tulipanów, dziś szukam klimatów i ducha tego miejsca.

To, co mnie tu zachwyca, to kafejki – niewydumane i proste, znajdujące się w starych kamienicach, gdzie wystarczy postawić kilka stolików i krzeseł, by stworzyć klimat. Jadąc tu, dokładnie przejrzałam listę miejsc polecanych na tym blogu. Większość z nich udało mi się odwiedzić, a jedno z nich wyjątkowo przypadło mi do gustu.
Cieszę się, że są blogi, na których ludzie piszą o swoich ulubionych miejscach, bo dzięki temu można odłożyć na bok wszystkie przewodniki i kierować się rekomendacją tych, którzy kulinarne scieżki w danym mieście przetarli już dawno.

Kiedy jestem w miejscu, w którym jest wiele do zobaczenia, nigdy nie jem śniadania w hotelu. Barwny świat kolorowych lokali, z których każdy oferuje coś wyjątkowego sprawia, że od rana jestem gotowa do wyprawy. Miło jest przy okazji stwierdzić, że podróże zmieniają czteroletniego niejadka, jakim jest (była?) moja córka, w stworzenie chętne do próbowania, spacerowania, odwiedzania. Wszyscy mamy wakacje, tylko teraz jedząc tonę czekolady.


Do De Bakkerswinkel przyszłam na śniadanie pierwszego dnia wizyty w Amsterdamie i gdybym mogła, chętnie przeniosłabym je do Warszawy. Śniadania, obiady, kawa i herbata. Na miejscu pieką chleby, bułki, ciasta, tarty. Można się tutaj napić indyjskiego czaju, a także zjeść śniadanie piekarza (duży koszyczek pieczywa – na zakwasie, croissant, bułeczki) z serami, wędlinami, dżemami, kubkiem świeżo wyciśniętego soku i kawą. Albo zjeść muesli, kawałek ciasta czy coś na ciepło. Wybór – jak dla mnie – ogromny. Obsługa świetna, atmosfera miejsca taka, że miałam ochotę spędzić tam cały dzień. Dla dzieci – kącik z książeczkami i zabawkami.
Jeśli kiedyś będziecie w Amsterdamie, zajrzyjcie tu koniecznie.


Adres:
De Bakkerswinkel
Breakfast, lunch, High tea and Parties
Warmoesstraat 69
1012 HX Amsterdam
T +31 (0) 20 489 8000

www.debakkerswinkel.nl

/wszystkie zdjęcia zrobiłam w De Bakkerswinkel/

6 komentarzy
Poprzedni
Następny