Belvedere


Dzisiaj napiszę o miejscu, które na mojej warszawskiej kulinarnej mapie restauracji, od lat zajmuje pierwsze miejsce.
Chociaż z przyjemnością odwiedzam nowe lokale, podziwiam wnętrza, raczę się daniami, to tutaj zawsze wracam i wciąż mam wrażenie, że nigdzie nie jest lepiej. Każda wizyta w Belvedere jest jak kulinarne święto. Po pierwsze z powodu unikalnego położenia w Łazienkach Królewskich. Po drugie ze względu na brak niespodzianek – tutaj zawsze się dobrze zje, a obsługa będzie idealna. Trochę w tle, ale zawsze na miejscu.

Przyznam szczerze, że gdybym nie znała tej restauracji, sposób, w jaki jest reklamowana, na pewno by mnie zniechęcił do tego, by się do niej wybrać. Na każdym kroku właściciele podkreślają jej wyjątkowość, królewskość, złocone krzesła, wykwintną zastawę i tym podobne napuszone określenia, które sugerują, że jest to miejsce dla snobów. Może robią tak świadomie, może nie, w każdym razie nikt, kto nie należy do śmietanki biznesu i elity, a przyjdzie tu zjeść, nie będzie czuł się źle traktowany. Obsługa równie dobrze odnosi się do kogoś, kto zamawia wykwintną kolację, jak i tego, kto wpadnie tu na kawę i szarlotkę (wiem, bo sprawdziłam!)
W przeciwieństwie do restauracji firmowanych nazwiskiem Magdy Gessler – np. „Ambasady Smaku”, gdzie jest ewidentny przerost formy nad treścią, jedzenie jest złe, a właścicielka w mediach opowiada o jej wyjątkowości, która nie ma pokrycia w rzeczywistości, tutaj zbędne są jakiekolwiek słowa. Jedzenie jest po prostu wyśmienite, a piękne otoczenie, dobra obsługa i unikalne miejsce, są dopełnieniem.

Jeden z krytyków kulinarnych pisał kiedyś o restauracji, „w której wystrój własciciele włożyli tyle pieniędzy, że chyba na kucharza im zabrakło”. W Belvedere mieli na kucharza. I to doskonałego. Jest nim Henryk Nieciejowski, u którego chętnie sama bym się podszkoliła 😉

Menu zmienia się co jakiś czas, do wyboru mamy kartę dań kuchni polskiej i międzynarodowej. Kuchnia polska jest tutaj finezyjna, doprawiona, porcje nie są ogromne, a wszystko wygląda tak, jak – myślę – za czasów króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. A może i lepiej, bo w karcie dań międzynarodowych mieliśmy na przykład tuńczyka w miso czy terrinę z pieczonych warzyw i koziego sera (niestety dziś moich ulubieńców nie ma w menu, ale zauważyłam, że co jakiś czas szef kuchni do nich wraca).

W karcie deserów – szarlotka z antonówek, od lat taka sama, której zawsze mówię tak.

Jeśli ktoś chciałby zapoznać się z menu i cenami, odsyłam do strony internetowej, gdzie wszystko jest podane. Karta jest długa, ale dopracowana i zapewne wiekszość, o ile nie wszystkie, dania, jakie się wybierze, będą strzałem w dziesiątkę.

Niedawno jadłam tam urodzinową kolację i czułam się wspaniale. Polecam i Wam. Przynajmniej szarlotkę 🙂

Zapomniałam dodać, iż restauracja oferuje usługi cateringowe – miałam okazję jeść kilka razy Belvederowy catering i był, niestety, straszny. Dlatego, jeśli mieliście z nim do czynienia i nie smakowało Wam – zapewniam, że catering Belvedere a kuchnia Belvedere na miejscu, to dwie zupełnie różne bajki.

Restauracja i kawiarnia Belvedere
Łazienki Królewskie,
ul. Agrykoli 1
Warszawa
Menu Belvedere

I jeszcze na koniec, Piosenka (Raczej Utwór, tym razem) Tygodnia. Od kiedy usłyszałam go pierwszy raz dzieckiem będąc, nigdy mi się nie znudził. Ale czy taka muzyka kiedykolwiek się nudzi?
Utwór Tygodnia 3

7 komentarzy
Poprzedni
Następny