A table! Keks bretoński.


„Le boulanger en camionette.
Piekarz objazdowy.

Przez kila lat, ilekroć przebywaliśmy na wsi, objazdowy piekarz z sąsiedztwa zaopatrywał nas w świeży chleb. Swoje bagietki, croissanty, drożdżowe bułeczki i tarty rozwoził białą furgonetką. Podkreślał wciąż, że robi to, gdyż sprawia mu to przyjemność. A także ponieważ strumień powietrza, jaki czuł na twarzy podczas swojej jazdy, dawał mu poczucie wolności, która dla Francuzów jest tak ważna.
Oczywiście, za swoje usługi dostawcze oczekiwał skromnego poczęstunku w postaci kieliszka rose, a wino smakowało mu nie tylko u moich rodziców. I tym sposobem kosztował wiele takich trunków, jeżdżąc od jednego klienta do drugiego. Niewątpliwie dostawa wypieków zajmowała mu więc trzykrotnie więcej czasu, niżby na nią potrzebował, jednak nigdzie mu się nie spieszyło, a znany był z tego, że uwielbiał pogawędki z ludźmi.(…)
przyczyny, dla których kupowaliśmy u niego chleb, były oczywiste: jego wypieki były smaczne! Wystarczyło, że otworzył tylne drzwi furgonetki, a dobiegający z wewnątrz zapach i widok jego wypieków wprawiał nas w zachwyt(…)
Prawdziwym frykasem w odświętne dni była dla nas, dzieci, zwykle okrągła drożdżowa bułeczka z małą „główką” na wierzchu (brioche). Bułeczki te występują w różnych kształtach i wielkościach. Można je kroić w ćwiartki lub, jeśli mają kształt prostopadłościanu, w kromki. Uwielbialiśmy je także opiekać, ponieważ zapach, jaki się później roztaczał, wypełniał całą kuchnię, aż nam ślinka ciekła.”*

Jest to piękna, niedawno wydana, książka, o historii pewnej francuskiej rodziny. Rodziny zwyczajnej, takiej, jak każda inna. Autorka, urodzona w latach 60-tych XX wieku, mieszka na emigracji. Ma korzenie niemiecko-francuskie, a pisze w sentymentalny i obrazowy sposób. Tak, jak lubię.
Cieszę się, że obok dziesiątek takich samych książek o kuchni włoskiej, czy kuchni ‚celebrytów’, znaleźć można takie, jak ta.
Wydawnictwo Propaganda wydało wcześniej nieco podobną książkę, o kuchni włoskiej „La nonna. La cucina. La vita. , jednak nie wzbudziła ona mojego zainteresowania tak, jak „A table!”, w której jest wiele zdjęć, starych wycinków, opowieści pachnących ciepłym masłem i chlebem, a także przepisów. Prostych i bardziej wykwintnych. Polecam, to tytuł, który szybko się nie znudzi.

W książce jest mały galimatias z tłumaczeniem nazw przepisów, ale obok polskich, są te oryginalne, francuskie. To dobrze, gdyż czasem trudno zorientować się, o jakie danie chodzi. Np. charlotte au chocolat przetłumaczono jako szarlotkę czekoladową, z którą, moim zdaniem, niewiele ma wspólnego.

W „A table!” nie ma przepisu na brioche, które przywoził rodzinie opisywany piekarz, ale jest na Keks bretoński (Quatre-quarts breton), który upiekłam i bardzo mi smakował. Dużo w nim masła, cukru i ciepła. Takie proste, łatwe i domowe. Dość słodkie, więc radziłabym zmniejszyć nieco ilość cukru – u mnie to było 240 g, a gdybym je robiła raz jeszcze, użyłabym 200 g.

Quatre-quarts breton
/ keksówka o długości 26 cm/

3 odważone jajka /użyłam bardzo dużych, wiejskich jajek, które ważyły 240 g/
miękkie masło (o wadze takiej, jak jajka)
cukier (o wadze takiej, jak jajka)
mąka (o wadze takiej, jak jajka) zmieszana z 1/2 opakowania proszku do pieczenia /użyłam 1,5 łyżeczki – przyp L./
starta skórka z cytryny
masło do natłuszczenia formy

Oddzielić białko od żółtek i ubić na sztywną pianę.
Ubijać masło z cukrem do uzyskania piany, dodać żółtka i dobrze wymieszać. Powoli dodawać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, na końcu pianę z białek.
Przełożyć do formy wysmarowanej masłem (ciasto jest bardzo gęste – przyp. L).
Piekarnik nagrzać do temp. 180 st C. Piec 40-50 minut.

Smacznego!

*/Murielle Rousseau „A table!”, tłum. D. Fryzowska, wyd. Propaganda 2008/

5 komentarzy
Poprzedni
Następny