Pod słońcem Toskanii

„Co tu się uprawia? – Tapicer alejką pod górę taszczy fotel do domu, ale bystro rozgląda się po okolicy.
– Oliwki i winogrona – odpowiadam.
– Pewnie, że oliwki i winogrona, ale co jeszcze?
– Zioła, kwiaty… Nie bywamy tu wiosną, żeby zasadzić dużo więcej.
Stawia fotel na mokrej trawie i wodzi wzrokiem po starannie poprzycinanych drzewach oliwnych na terasach, gdzie teraz odkrywamy i przywracamy do świetności dawną winnicę.
– Niech pani sadzi kartofle – radzi – same będą dbać o siebie. – Wskazuje trzecią terasę. – Tam. Pełne słońce, akurat miejsce dla kartofli, czerwonych kartofli, żółtych na Gnocchi di patate.”*

* * *

Mam książki, do których wracam dziesiątki razy. Pokreślone ołówkiem, zaznaczane kolorowymi karteczkami. Książki, które spały pod poduszką i podróżowały na dnie walizki. Znikały między innymi lekturami na wysokich półkach biblioteczki. I wracały do moich rąk, odkurzane po latach.
Tę, o której chcę napisać dzisiaj, kupiłam przypadkiem, buszując w taniej książce. Było to osiem lat temu, a przez ten czas wróciłam do niej wiele razy, czytając fragmenty i całość. Prawie zawsze, po skończeniu lektury moje serce wołało: ja chcę do Włoch! I wszelkie plany pojechania na wakacje do innych miejsc, spełzały na niczym, a my lądowaliśmy w małej włoskiej wiosce, gdzie trzeba sobie samemu gotować i czasem dopada nas najzwyklejsza w świecie nuda.
Wspaniale ponudzić się tam, gdzie pachnie lawendą, kurzem, rozmarynem. Gdzie ze wszystkich kątów dobiega melodia włoskiego języka.

A więc „Pod słońcem Toskanii” należy do lektur, które wielbię bezgranicznie. Kiedy ktoś pyta, o czym jest ta książka, odpowiadam: o emocjach, hodowaniu pomidorów, zapachach włoskiej ziemi i ludziach. O niczym konkretnym. Frances Mayes pisze wiersze, a ta lektura jest jak piękny poemat o Italii. Jej pozostałe książki nie wzbudzają u mnie żadnych emocji ani entuzjazmu.
Na podstawie tej pozycji nakręcono film z Diane Lane, ale moim zdaniem, nawet w najmniejszym procencie nie oddaje piękna książki. Film jest typowo amerykańską bajką o poszukiwaniu miłości. Książka jest o poszukiwaniu SIEBIE.

Kiedy leżałam na toskańskiej trawie, wpatrując się w niebo i słuchając cykad, pomyślałam: „Mój Boże, gdzieś tu niedaleko pochowano włoskiego znajomego Frances, ktoremu podczas choroby podarowała słoik miodu”, a ja jestem na tej ziemi, wdycham te same zapachy świata, słucham tych samych dźwieków, których tamci słuchali kiedyś, lata temu.

Na Zachodzie, a zwłaszcza w Stanach, książka cieszyła się tak wielkim powodzeniem, że do Cortony i miejsc, o których pisała autorka, wędrowały pielgrzymki turystów. Było to na tyle męczące, że sprzedała ona Bramasole – dom, który był we Włoszech jej pierwszą przystanią i kupiła inny, z dala od książkowych opowieści.

Moja Toskania jest spowita kurzem, pachnie bułeczkami o poranku i wypełnia uszy dźwiękami targu, na którym sprzedawcy wystawiają sery, świeże ryby, owoce i warzywa. Jest małym sklepikiem, w którym poszukiwałam kubka do mleka i lodziarnią za rogiem. Jest z dala od turystów (o tak, są jeszcze takie miejsca w Toskanii) i mogę się w niej do woli nudzić, chodząc boso po trawie i wylegując się z włoską gazetą, oczywiście kulinarną.

Ostatni raz byłam tam dwa lata temu, w Chianti. Spędzilimy tydzień w Villa a Sesta.
Codziennie gotowałam w naszej miniaturowej kuchni. Kilka razy upiekłam chleb. Na zdjeciach są nasze domowe obiady. Prawda, że ładne? 😉
I wiem już, że kuchnia włoska jest włoska tylko tam, gdzie z trzech składników można zrobić prawdziwe delicje.
We Włoszech nauczylam się pić wino i o tym opowiem niebawem.

*/Frances Mayes, „Pod słońcem Toskanii”. Wyd. Prószyński, tłum. Z. Kierszys/

15 komentarzy
Poprzedni
Następny