Naleśniki


Zawsze, kiedy mnie ktoś pyta o to, co bym wybrała, gdybym miała zamieszkać na bezludnej wyspie i móc jeść tylko jedno danie, odpowiadam: naleśniki.

To jest jedna z tych rzeczy, które mogę jeść codziennie. Jako dziecko je uwielbiałam i ta miłość idzie ze mną przez dorosłe życie.
Wiem, że są dziesiątki, a może setki odmian naleśników: crepes, pancakes, dosa (szczególnie przeze mnie lubiana indyjska odmiana cienkiego naleśnika ryżowego wypełnionego nadzieniem z warzyw). Ja jednak skłaniam się ku cieniutkiemu i sprężystemu naleśnikowi, który na świecie znany jest jako crepe.

Pierwsze naleśniki usmażyłam jako dziesięciolatka, z przepisu, który znalazłam w niezwykle pasjonującej książce „Technologia Gastronomiczna” dla klas I Technikum;-) I to był smak, który towarzyszył mi przez długie lata.
Moja Mama, mistrzyni naleśników, robi je z dodatkiem mleka w proszku.

Moim ulubionym przepisem jest ten, który znalazłam w książce Gordona Ramsaya. Po latach korzystania z jego receptury, nieco ją zmodyfikowałam.
I o ile zawsze mówię, że mam w sobie wiele pokory do gotowania i pieczenia, ponieważ wciąż się uczę, o tyle uważam, że w naleśnikach doszłam do perfekcji.

Nie wiem dlaczego wielu ludziom się wydaje, że usmażenie naleśników jest czymś trudnym. Moim zdaniem sukces polega przede wszytkim na trzymaniu się dokładnych proporcji (tak, wiem, wiem, wiele babć robi je zawsze na oko i naleśniki są genialne, nam jednak do takiego mistrzostwa trochę daleko ;-).
Drugą, nie mniej ważną sprawą, jest dobra patelnia. Smażenie na stalowej zawsze doprowadzało mnie do szału, bo naleśniki smażą się na niej za szybko i prawie zawsze trudno je potem oderwać. Zatem – jeśli robicie je po raz pierwszy, czy drugi, proszę – nie smażcie na stalowej patelni, bo zniechęcenie murowane.
Najlepsza jest powlekana, niska patelnia, o średnicy 24 cm. Z niej każdy naleśnik jest dokładnie w sam raz.
Choć podrzucanie naleśników mam również opanowane, to najchętniej przekręcam je na patelni plastikową wąską łopatką z ostrym brzegiem.

Nie będę podawała przepisu na nadzienie – sami wiecie, są ich tysiące. W wielu zagranicznych książkach, jako typowo polskie uchodzą naleśniki z białym serem i rodzynkami, posypane cukrem pudrem lub polane śmietaną.
Ja lubię je w najprostszej wersji – z cukrem pudrem, albo z duszonymi cynamonowymi jabłkami, albo z truskawkami, albo z nadzieniem jak do ruskich pierogów, albo….

I na zakończenie powiem jeszcze jedno: nie ma lepszego pocieszacza od szarlotki, czekoladowego ciepłego ciastka i naleśnika.

Naleśniki
ok. 10 sztuk o śr. 24 cm
lub 12-14 o średnicy 20 cm

300 ml mleka
125 g mąki
2 jajka
szczypta soli
30 g oleju lub topionego masła
olej do smażenia (najlepszy słonecznikowy)

Wszystkie składniki zmiksować mikserem lub ubić trzepaczką. Ciasto powinno być gładkie, bez grudek, o konsystencji śmietany. Jeśli ubijamy trzepaczką: najpierw należy ubić jajka z mlekiem, a dopiero później POWOLI wsypywać makę. dzięki temu unikniemy grudek.

Na patelni rozgrzać odrobinę oleju (używam kuchennego spryskiwacza do oliwy – moim zdaniem sprawdza się świetnie). To ma być odrobina oleju, ok 1 łyżeczki, dobrze rozprowadzonego na patelni.
Kiedy olej będzie bardzo gorący, wlewamy ok. 45 ml ciasta – to taka ilość, która cienką warstwą pokryje patelnię, jakieś 3 duże łyżki. Smażyć na średnim ogniu ok. 1 minuty.
Przerzucić na drugą stronę i dosmażać kolejne 30 sekund.
Naleśniki układać na telerzu, jeden na drugim.
Do czasu podania można talerz owinąć aluminiową folią i wstawić do piekarnika nagrzanego do temp. 180 st. C.
Naleśniki, które nam zostaną, należy przykryć folią spożywczą i schować do lodówki. Dzięki temu nie będą się zsychały i pozostaną dłużej swieże.

Smacznego!

43 komentarze
Poprzedni
Następny