W krainie pieprzu. Odcinek 1.


Kiedy trzymałam w rękach bilety na Sri Lankę wydawało mi się, że oto pojadę do kraju, który będzie jak Indie 2. Liczyłam na to, że znowu spotkam to, co tak bardzo kocham. Swoistą mieszankę zapachów, kultury i jej braku, kolorowych świątyń, masali dosy, biurokracji i ubóstwa obok najnowocześniejszych technologii i IT.
Na miejscu okazało się, że byłam w błędzie. To trochę tak, jak na świecie myli się Polaków z Rosjanami, sądząc, że w zasadzie to niczym się nie różnią. Wpadłam w podobną pułapkę, ponieważ różnic między Indiami a Sri Lanką jest wiele. Podobieństw zaledwie kilka.

Oba kraje były skolonizowane i w obu wciąż widać ogromny wpływ ich dawnych kolonizatorów.
Miałam wrażenie, że Sri Lanka jest cudem z dwóch powodów – po pierwsze przepięknej przyrody, która bogata jest we wszelkie przyprawy: pieprz, kardamon, liście curry, gałkę muszkatołową, cynamon, goździki. Gdzie nie spojrzeć – plantacje herbaty obok dżunglii. Klimat tropikalny sprzyja uprawie dosłownie wszystkiego od awokado, pomidorów, bananów (których rośnie tam 32 gatunki i są dostępne przez okrągły rok), warzyw, które 150 lat temu wprowadzili Anglicy – pory, buraki po egzotyczne owoce – mango, papaję, ananasy, limonki, guawę.
Drugim powodem jest cywilizacja, jaką wprowadzili kolonizatorzy, a było ich wielu: Holendrzy, Portugalczycy, Anglicy. Pozostawili po sobie nie tylko lewostronny ruch drogowy, ale też przepiękne stare budynki, kult dla herbaty i pieczywo: bagietki, chleby na zakwasie, a przede wszystkim bardzo duży wybór słodkich bułeczek. Na Sri Lance znalazłam wiele sklepików z takim pieczywem. Zdziwiło mnie to, ponieważ sądziłam, że mieszkańcy tego kraju żywią się przede wszystkim płaskim pieczywem, jak czapati czy roti.

To, co na Sri Lance urzekło mnie najbardziej, to przyroda i architektura z czasów kolonialnych. Żadna ze zbudowanych tam obecnie ‚budowli’, nie jest w najmniejszym stopniu ładna – miasta zapełnione są barakami, byle jak skonstruowanymi pawilonami, niedokończonymi domami. Wszystko jest brzydkie, rozpadające się, a przede wszystkim niedbałe. Czułam smutek patrząc na prawdziwie dziką dżunglę, wyniosłą i doskonałą, przysypywaną tonami śmieci, jakichś plastików, gruzu, samochodowych wraków. Panuje tam wolna Amerykanka, a dbałość o przyrodę jest żadna. Ale, co niesamowite – przyroda jest tam tak silna i dominująca, że jakimś niezwykłym sposobem sama się broni.
Na Cejlonie rzeczy są albo piękne albo brzydkie. Nie ma nic pomiędzy.

Moja wyprawa trwała 10 dni i rozpoczęła się w małym miasteczku nad Oceanem Indyjskim, Bentota. Dokładnie trzy lata temu, 26 grudnia, we wschodnie wybrzeże Cejlonu uderzyło tsunami, które zabiło 40 000 ludzi. Zachodnie wybrzeże, gdzie leży Bentota, ucierpiało mniej.
Stamtąd udałam się do Nuwara Eliya, później do Kandy, które w dawnych czasach było królestwem, następnie odwiedziłam położone wysoko w górach Hunas Hills. Podróżowałam samochodem, co przy tamtejszych dziurawych drogach, stanowi nielada wyzwanie, ponieważ pojazdy poruszają się ze średnią prędkością 40 km/h, trąbiąc przy tym nieustannie. Ale dzięki temu miałam dużo czasu na to, by wszystkiemu się przyjrzeć z uwagą.

W następnym odcinku opowiem o tym, jak powstaje herbata i dlaczego ta rosnąca na Cejlonie jest najlepsza.

10 komentarzy
Poprzedni
Następny