Indie

Przychodzą mniej więcej po roku. Zapomniane wrażenia ciężkiego powietrza, opadającego pod wpływem zanieczyszczeń wydychanych przez stare ryksze i rozklekotane ciężarówki.
Najpierw niemrawo wstążeczką powietrza, która przynosi zapach kardamonu i imbiru. Potem przychodzi ochota na masala dosę. A dziś wyciągam z szafy kilkumetrowe sari, które kupiliśmy na obrus. Pod opuszkami palców twarde kwiaty ze złoconej gumy. Złote irysy na pomarańczowo – zielonym tle. Jeszcze noszą na sobie zapach podróży i tamtego sklepu dla turystów, w czasie monsunu, kiedy deszcz pada nieustannie. Ciepłe strugi zaglądają do rykszy, są na twarzach żebrzących dzieci.
Tkam w myślach krajobrazy: białe krowy spacerujące po ulicach Starego Delhi, przyozdobione rudrakszą. Pamiętam cielaka, który ssał mleko, spływające mu po nosie, a on przytupywał kopytem w rytm swej przyjemności.
– Sir, riksza! sir, where you live?
– Hotel Diplomat. How much? – pytamy
– One hundred rupee – odpowiada, na co my odwracamy się na pięcie i idziemy zdecydowanie przed siebie. Rikszarz wybiega ze swego pojazdu i biegnie za nami.
– OK., sir, seventy rupees.
– Fifty – odpowiadamy.
Dobiliśmy targu. Mężczyzna wiezie nas do hotelu Diplomat. Jak wszędzie w Indiach, klimatyzacja działa tu na pełnych obrotach. W obliczu skwaru powietrza na zewnątrz i przenikliwego zimna w pokoju dostajemy kataru.Snujemy się po ulicach, a właściwie idziemy zdecydowanie, udając, że znamy cel naszego spaceru. Co chwilę ktoś ciągnie nas za rękaw, wypowiadając magiczne słowo „Market”, „Shopping’, zupełnie tak, jakby jedyną rozrywką białych, było kupowanie.
Govinda śpiewa piosenkę utkaną z zapachu szafranu, przeplatanego tegorocznymi listkami herbaty Darjeeling.

1 Komentarz
Poprzedni
Następny