Gęsi po wyroku i blok czekoladowy.

W żółtych płomieniach liści brzoza dopala się ślicznie
Grudzień ucieka za grudniem, styczeń mi stuka za styczniem
Wśród ptaków wielkie poruszenie, ci odlatują, ci zostają
Na łące stoją jak na scenie, czy też przeżyją, czy dotrwają

I ja żegnałam nieraz kogo i powracałam już nie taka
Choć na mej ręce lśniła srogo obrączka srebrna jak u ptaka
I ja żegnałam nieraz kogo, za chmurą, za górą, za drogą
I ja żegnałam nieraz kogo, i ja żegnałam nieraz

Gęsi już wszystkie po wyroku, nie doczekają się kolędy
Ucięte głowy ze łzą w oku zwiędną jak kwiaty, które zwiędły
Dziś jeszcze gęsi kroczą dumnie w ostatnim sennym kontredansie
Jak tłuste księżne, które dumnie witały przewrót, kiedy stał się
(…)
Ognisko palą na polanie, w nim liszka przez pomyłkę gore
A razem z liszką, drogi Panie, me serce biedne, ciężko chore
Lecz nie rozczulaj się nad sercem, na cóż mi kwiaty, pomarańcze
Ja jeszcze z wiosną się rozkręcę, ja jeszcze z wiosną się roztańczę
(…)
/słowa: Agnieszka Osiecka/

Posłuchaj „W żółtych płomieniach liści”

* * *

Są piosenki, których jako dziecko słuchałam z drżącym sercem. Te, które pozostawiały w myśli obrazy, uczucia, budziły do życia wrażliwość.
Co dziwne, moi rodzice słuchali zupełnie innej muzyki niż ta, która mnie kręciła. Byłam wielbicielką Ewy Bem, Michała Bajora i Skaldów. Ta miłość trwa do dzisiaj.

W żółtych płomieniach liści największe wrażenie robiły na mnie gęsi po wyroku. To wtedy rodziły się początki mojego wegetarianizmu. Gęsi czy cielaczek zapakowany na wiejskim targu do samochodowego bagażnika, który ze łzą w oku jechał na rzeź. A więc są piosenki, które przetrwały w mojej pamięci i wciąż robią nie mniejsze wrażenie niż dawniej.
Z czasem zaczęłam szukać nie tylko ładnej muzyki, ale też tekstów, które mówiły o czymś prawdziwym i ważnym. O poezji życia codziennego, bez częstochowskich rymów na siłę. Są słowa i frazy, które otwierają w nas szufladki. A w nich wspomnienia wiosennego poranka z promieniami słońca odbijającymi się na ścianie pokoju. „Kantyczki deszczu” i mosty w Awinionie.
Słuchałam więc Łucji Prus i jadłam blok czekoladowy. Tak, jak dzisiaj. Tylko, że dzisiaj świat jest sto razy piękniejszy, a w moim czekoladowym bloku jest wszystko to, co wtedy było deficytowe: kakao, rodzynki, a nawet kandyzowane wiśnie. Voila! Prawie tak smaczne jak te z Pewexu.
Przepis ze strony Dorotki Moje wypieki
Dałam dwa razy więcej kakao, a z bakalii: rodzynki sułtańskie i wiśnie kandyzowane. Z całą pewnoscią ten sentymentalny deser w dzisiejszych czasach smakuje równie bosko jak kiedyś:)

Blok czekoladowy

Składniki:

1 szklanka cukru (w zależności od upodobań)
1 kostka masła (250 g)
1/2 szklanki wody
2 – 3 łyżki kakao
400 g „niebieskiego” (pełnego) mleka w proszku
suche wafle lub herbatniki
bakalie: rodzynki, orzechy, migdały, suszony ananas (wg uznania)
Masło rozpuścić w garnuszku. Dodać cukier, wodę, kakao, wymieszać i ostudzić (może być lekko ciepłe). Do dużego garnka wsypać mleko, bakalie, pokruszone wafle lub herbatniki. Na to wylać masę maślaną, dokładnie wymieszać i wlać/upchnąć do formy keksówki wyłożonej folią aluminiową. Schłodzić.

Smacznego 🙂

6 komentarzy
Poprzedni
Następny